piątek, 27 stycznia 2017

BLOG ZAWIESZONY

Hej, tak, ja jeszcze żyję o.O Meeega długo nie było wieści ode mnie ale moje życie ostatnio obróciło się do góry nogami z wielu powodów o których nie mam ochoty pisać :C Do tego piszę pracę dyplomową, jestem na ostatnim roku, mam mega dużo nauki i obowiązków. Pracuję na zmiany więc to kolejny problem. Nie mam czasu na nic, wszystko robię w biegu, pośpiechu... Nie wiem czy kiedykolwiek wrócę na bloggera, może, MOŻE jak uporam się z pracą dyplomową to tutaj wpadnę. Nie wybieram się dalej na studia... Za dużo stresu : O

Świnia ze mnie, że nie dałam znać. Wiem. Przeprosiny nie pomogą. Nie mam czasu nawet czytać bogów, które tak bardzo lubię ;C ;/ Nadrobię jak się życie nieco uspokoi, nie każdy ma prostą drogę usłaną pięknymi kwiatkami. Bloga komentowały 2 osoby, w porywie do 3. Szkoda bo teraz o rozdział upomina się znacznie więcej ludków.... Eh, jak pisałam, MOŻE wrócę do Demi i Ossika, ale narazie nie mam czasu się nawet porządnie wysrać jak to mówią ;/ Zawieszam do odwołania.

niedziela, 18 września 2016

Rozdział 64

DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ

     Ciepłe, pokrzepiające słowa rodziny i przyjaciół, ogromne poczucie ciepła i bezpieczeństwa, poczucie, że jesteś dla kogoś ważna, że ktoś cię kocha i zrobiłby dla ciebie wszystko... mimo, że dzielą was zimne, grube mury i setki kilometrów. Ten okropny, kłujący ból tęsknoty, chęci wtulenia w ramiona tej jedynej osoby, która jest dla ciebie całym światem. Znacie to? Pewne tak, powinnam raczej zapytać, czy to doceniacie... Ja myślałam, że doceniam. Myliłam się.
~
Sąd w Los Angeles | Godzina 15:00
     - Już po wszystkim, kochanie. - nagle do moich uszu dotarł delikatny, łamliwy głosik. - Pojedziemy do domu, odpoczniesz, a my z Zackem i Stefą przygotujemy pyszny obiad, zgoda?
- Zgoda, mamuś. - wyszeptałam. Po chwili poczułam na swoich policzkach zimne, ale zarazem bijące troskliwym ciepłem, dłonie schorowanej i zmartwionej kobiety.
- No, głowa do góry, skarbie. - uśmiechnęła się pokrzepiająco. - Będzie dobrze. - dodała, po czym objęłam mnie ramieniem, kilka chwil później pchnęła lekko, dając znak abym skierowała się razem z nią do wyjścia. Odwróciłam się jeszcze na prawo i lewo, sama nie wiem dlaczego. Chciałam go zobaczyć...
- Jak się czujesz, siostra? - Zack objął mnie z drugiej strony, pocałował delikatnie w skroń, po czym posłał szeroki, pokrzepiający uśmiech. Nie powiem, pomogło. Jednak nie na tyle abym mogła odwzajemnić te szczere uczucia bliskich. Ciągle mi czegoś brakowało... Ponownie obejrzałam się za siebie. Otaczający nas tłum był ogromny, zdołałam jednak wyszukać w nim moich przyjaciół. Wszyscy stali obok wejścia do sali sądowej, rozmawiali.
- Mamo, zaczekaj. - zatrzymałam się gwałtownie. Zack trzymał mnie jednak mocno, nie mogłam więc pobiec do Rydel, która właśnie w tej chwili spojrzała na mnie swoimi wielkimi, zaszklonymi oczami. Kilka sekund później napotkałam również wzrok Rikera, Ratliffa i Rckiego, który wciąż podpierał się kulami. Stałam jak wryta chyba kilkanaście minut, dopiero jak tłum zaczął się przerzedzać, dwóch policjantów przyprowadziło se sobą Rossa. Jak tylko blondyn pojawił się na horyzoncie, Rydel, jak i reszta rodziny, momentalnie rzuciło mu się na szyję, tym samym odwracając się do mnie plecami. On jednak patrzył cały czas na mnie. Spod lekko zwęglonych powiek wciąż iskrzył czekoladowy blask, a zapach cytryn nadal przyjemnie wypełniał moje nozdrza. Miałam wrażenie, że czułam nawet bliskość jego serca, czułam jak mocno bije, czułam również jak płacze i woła o pomoc.
- Siostra, musimy już iść. - Zack nagle mnie szarpnął, tym samym wybudził ze snu, który rozwiał moje myśli jak małe, kruche liście. Ja jednak nie reagowałam na prośby rodziny, stałam cały czas w tym samym miejscu, patrząc jak blondyn zmierza w moim kierunku. Z każdym jego krokiem wzbierało się we mnie poczucie bezpieczeństwa, które od pewnego czasu jest mi bardzo obce. Za nastolatkiem podążała Rydel, która ciągnęła również Ella, on z kolei trzymał za koszulę Rockiego. Riker się nie ruszył, odprowadzał ich tylko wzrokiem, od czasu do czasu zerkał jednak na mnie w taki sposób, jakby chciał powiedzieć, ,,wybacz"? Nie potrafiłam jednak odczytać jego intencji do końca...
- Ross. - szepnęłam jak tylko jego popalone końcówki dotknęły mojego zimnego policzka.
- Cześć, kochanie. - mruknął mi prosto do ucha. W tym samym momencie poczułam napływ dreszczy i ciepła. Kilka sekund później wtuliłam się w niego jak dziecko w pluszowego misia, zaciągnęłam jego zapachem i wplotłam dłonie w zniszczone włosy. - Tak bardo chciałbym cię przytulić. - zachichotał. Oboje wiedzieliśmy, że jest to jednak niemożliwe. Kajdanki na jego rękach mu to uniemożliwiały. Mimo tego położył głowę na moim ramieniu i lekko wzdychnął. - Chcę abyś wiedziała... - spoważniał. Dwaj funkcjonariusze zaczęli się już niecierpliwić i odciągać blondyna ode mnie. - Chcę abyś wiedziała, że cię bardzo kocham. Nie jestem idealny, nikt nie jest. Ale pamiętaj, że wszystko co zrobiłem... zrobiłem właśnie dla ciebie. Nieważne jak się to skończy, pamiętaj o mnie. Bądź jednak szczęśliwa, dobrze? - dokończył, całując mnie delikatnie w policzek.
- Ale... - zamarłam. To brzmiało jak jakieś niedoczekane pożegnanie. Nie chcę się żegnać.
- Obiecaj mi, że nie będziesz się powstrzymywać przed znalezieniem szczęścia. Proszę. - uśmiechnął się. Cały czas patrzył mi prosto w oczy. Nie wiedziałam co odpowiedzieć, przecież nikt nie udowodnił, że Ross jest winny, dlaczego więc mówi mi takie rzeczy? Kilka minut później poczułam jego ciepłe, spierzchłe usta na swoich wargach. Pocałunek był krótki ale namiętny. Jak tylko się od siebie oderwaliśmy, przytuliłam ciało do jego klatki piersiowej, nie trwało to jednak długo, gdyż policjanci szarpnęli chłopakiem tak mocno, że ten prawie upadł.
- Koniec rozprawy, zabieramy więźnia z powrotem tam, gdzie jego miejsce. Do widzenia. - warknął jeden z umundurowanych, po czym pchnął blondyna i zaczął prowadzić w przeciwną stronę.
- Ale... - wyciągnęłam rękę, chciałam go złapać, zatrzymać przy sobie... Nie mogłam. Po prostu nie mogłam. Odwrócił się jeszcze do mnie, mówił coś... z jego ust zdołałam odczytać bardzo wyraźne ,,kocham cię"
- Odwiedzę cię jeszcze dziś wieczorem, dobrze? - Rydel chwyciła moje dłonie i przyciągnęła do swoich piersi. Widziała, że jestem totalnie przybita, chciała mi tylko pomóc. Doceniam. - Porozmawiamy. - uśmiechnęła się, po czym i ona zniknęła z zasięgu mojego wzroku.
~
Dom Spelmanów
     - Demetria, zejdź proszę na obiad! - doszedł do mnie głuchy dźwięk, który odbijał się od ścian mojego pokoju i docierał do uszu dosłownie z każdej strony. Odkąd zabrali mi Rossa, czułam totalną pustkę, nieważne gdzie i z kim byłam. Brakowało mi... jego uśmiechu, czekoladowych oczu, złotych kosmyków... Przecież on jest niewinny! Bez niego to nawet te cztery ściany, w których mieszkam prawie, że od urodzenia, są dla mnie obce i złowrogie... - Już jest nałożone, dziecko, zejdź do nas! - mimo skrajnego zmęczenia zwlokłam się powoli z łóżka, wciągnęłam papcie na nogi, po czym skierowałam do łazienki. Przemyłam czerwone oczy i upięłam włosy w kucyk. Cały czas myślałam jednak o tym co powiedział mi Ross, jego słowa nie mogły dać mi spokoju... ,,Obiecaj mi, że nie będziesz się powstrzymywać przed znalezieniem szczęścia." ...
- NIE!! - krzyknęłam, osuwając się na podłogę. Zakryłam następnie twarz w dłoniach i zaczęłam głośno łkać. - Nie możesz mnie zostawić! Nie możesz... - majaczyłam, wycierając nos w różowy T-Shirt, który wcześniej należał do blondyna.
- Hej, hej, nie płacz już. - Zack chwycił mnie w talii i podniósł delikatnie do góry. - No już, już. - ujął moją twarz w dłonie i otarł kciukiem krople łez, które spływały po moim policzku.
- Ja jestem szczęśliwa tylko z nim. - szlochałam. - Nie chcę szukać nowego szczęścia, nie chcę... - schowałam się w ramionach brata. Czułam się taka bezsilna...
- Nie musisz siostrzyczko. - odrzekł.
- Ale jak to? Co chcesz przez to powiedzieć? - wybełkotałam, ocierając nos w skrawek różowego materiału. - Pomożesz udowodnić, że on jest niewinny?
- Zrobię wszystko co w mojej mocy, sis. - zachichotał. - Pewnie potrwa to troszkę, ale obiecuję, że będę się starał rozwiązać to wszystko. Dla ciebie, abyś już więcej mi nie płakała, no. - zachichotał. - A teraz chodź na obiad, zrobiliśmy z mamą pyszną potrawkę, tak jak lubisz. Potem przyjdzie do ciebie Rydel, pogadacie i na pewno humor ci się poprawi. - dodał, ocierając resztę łez z moich policzków. - No, idziemy, idziemy. - uśmiechnął się prowadząc mnie w stronę schodów.
- Dobrze. - odwzajemniłam gest i powolnym krokiem zeszliśmy na dół. Jak tylko przekroczyliśmy próg kuchni, poczułam piękny zapach domowego obiadku, przy stole krzątała się mama, Stefa natomiast brykała wokół krzeseł... Brakowało tylko taty.
- Córciu, nie wygłupiaj się, siadaj i jedz. - odezwała się mama, zaganiając moją młodszą siostrę do stołu. Po kilku atakach mokrą ścierką, mała w końcu się poddała i posłusznie usiadła. Ja zajęłam miejsce obok mamy, Zack z kolei usadowił się naprzeciwko mnie, czyli jak zawsze. Przez jakiś czas wszyscy jedli w milczeniu, Stefa jednak nie wytrzymała, spojrzała na puste miejsce, gdzie zawsze siedział ojciec, i zapytała.
- Tatuś się znowu spóźni? - na te słowa mamie aż widelec wypadł z dłoni. Było widać, że ten temat bardzo ją drażnił.
- Tak, skarbie, tatuś wróci bardzo późno wieczorem, będziesz już spała, wiesz. - odpowiedziała w popłochu, unikając kontaktu wzrokowego, zarówno ze mną, jak i Zackiem.
- Ale wczoraj specjalnie nie spałam bo mówiłaś to samo co teraz... - odpowiedziała, przełykając kawał mięcha. Było widać, że zaskoczyła tym matkę. - A tatusia i tak nie było. - dokończyła smutnym tonem.
- Mamo, dlaczego ją kłamiesz? - wyszeptałam, patrząc porozumiewawczo na brata. Oboje byliśmy zdania, że Stefa powinna wiedzieć, że rodzice są w separacji i prawdopodobnie dojdzie do rozwodu.
- Nie będziemy o tym rozmawiać teraz, dobrze? - odrzekła złowieszczo. Było widać, że próbowała zmienić ton głosu przy końcówce wypowiedzi, niestety nie udało się. Stefa posmutniała,  wzruszyła ramionami, odłożyła sztućce na stół i bez słowa poszła do swojego pokoju. Mama odprowadziła ją jedynie wzrokiem, ja jednak wiedziałam, że młoda rzuci się na łóżko i zacznie płakać. W końcu, już od dwóch tygodni nie widziała ojca, a matka wmawia jej, że to przez pracę. Brawo. Dalszy posiłek przebiegł w zupełnej ciszy.
~~
Dom Lynchów
     W mieszkaniu muzyków od dwóch tygodni panowała istna, grobowa cisza. Dom wyglądał na opuszczony, ciągle było w nim ciemno, sąsiedzi nie widzieli nawet czy ktoś wychodzi, nie było nikogo ani widać, ani słychać. Budynek był jednak pełen tego, czego nie można dojrzeć, dotknąć ani posmakować. Unosił się w nim bowiem ból, tęsknota, żal, poczucie winy... A co najgorsze, wszystkie uczucia kumulowały się coraz to bardziej i bardziej, wywołując burzę i nieład wśród jej mieszkańców.
~
     - Oh, Riker. - wzdychnęła blondynka, wchodząc do łazienki bez pukania. - Wybacz, było otwarte, myślałam, że nikogo nie ma. - speszona, wyszła, zakrywając popękaną i zaniedbaną twarz. Nie zamknęła jednak drzwi do końca, gdyż zauważyła, że basista stoi przy zlewie i chyba... pierze?
- Nic się nie stało, sis. - uśmiechnął się, nie odrywając wzroku od umywalki.
- Co robisz? - zapytała zaciekawiona.
- Ally poprosiła mnie abym uprał jej ulubioną koszulkę. Wczoraj jak robili jej USG to pobrudziła sobie jakąś maścią i teraz bardzo to przeżywa. - odparł, miętoląc w ręku jasnozielony materiał. Mimo wszystko, na twarzy blondyna pojawił się lekki uśmiech. - Pralki jeszcze nie naprawiłem, trzeba więc sobie poradzić inaczej. - spojrzał na siostrę smutnym wzrokiem. Rydel z kolei miała ochotę zapaść się pod ziemię. Znowu. Ale nie bez powodu. Było jej po prostu wsyd... Ani razu nie zapytała brata czy potrzebuje pomocy, nie zapytała o stan zdrowia Ally, o jej samopoczucie, o ciąże. O nic. Ciągle myślami była w zimnej celi, w której obecnie przebywał najmłodszy z rodzeństwa. Nikt inny nie był dla niej tak ważny, nikomu nie chciała tak bardzo pomóc, jak właśnie jemu.
- Potrzebujesz pomocy? - zapytała nagle. Jak napotkała ponownie wzork Rikera, myślała, że spali się ze wstydu.
- Spokojnie, jest nas czwórka. - uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Radzimy sobie całkiem nieźle. - dodał, po czym wyminął zszokowaną siostrę i poczłapał w kierunku swojego pokoju.
- Jak to czwórka...? - jęknęła oszołomiona. - Riker! - bez namysłu pobiegła za bratem. Zatrzymała go dopiero na górze.
- Hmmm...? - mruknął, gładząc zielony materiał w dłoniach.
- Rik, ja...
- Wyluzuj, przecież mówiłem, że sobie radzimy. Wszystko już jest pod kontrolą. Zadbaj o Rossa. - wyjaśnił. - Aaa... Prosił abyś przywiozła mu pastę do zębów bo mu się skończyła a tam dają tylko miętową. Wiesz, że on tylko akceptuje tą cytrynową, dla dzieci? - zaśmiał się, po czym chwycił za klamkę. Rydel jednak nie pozwoliła mu wejść do środka.
- Kiedy ci to powiedział? - zapytała.
- Byłem u niego wczoraj. - odrzekł krótko. - Z początku nie chciał ze mną rozmawiać, powiedziałem jednak, że mam do przekazania bardzo ważną wiadomość.
- Jaka to wiadomość?
- Powiedziałem, że zostanie wujkiem i zarazem ojcem chrzestnym. - wypalił. Widząc wybałuszone oczy blondynki, postanowił nieco rozwinąć myśl. - Przecież wiesz, ze uwielbia dzieci a kiedyś... kiedyś obiecałem mu, że osobiście mu to powiem. Nie wiem dlaczego wybrałem akurat taki głupi moment. - podrapał się nerwowo w kark. - Ally uznała, że poprawi mu to humor, chociaż na kilka chwil. - dokończył, po czym wszedł do swojego pokoju, zostawiając siostrę w niezłym szoku.
~~
     - To jak, pączku, gotowa? - zapytał Ratliff, kręcąc kluczami od auta na palcu. - Marmoladko... - westchnął, widząc jak dziewczyna poprawia makijaż przed lustrem. Znów przez łzy. - Płakałaś. - Objął dziewczynę w talii, ułożył głowę na jej nagim ramieniu, po czym pocałował delikatnie w szyję.
- Wstyd mi Ratt. - westchnęła. - Po prostu mi wstyd. - odłożyła czerwoną szminkę na małą półeczkę i spojrzała w lustro, tak, że ich wzrok się ponownie spotkał.
- Nie rozumiem. - wykrzywił usta w grymasie.
- Pamiętasz.. dzień przed tym jak zabrali Rossa do więzienia. - zagryzła wargi. - powiedziałam ci, że zdałam sobie sprawę z pewnej rzeczy...
- Tak, pamiętam. Nie dokończyłaś bo za chwilę wpadł Riker razem z Ally. Potem przyszedł Ross... zaczęła się mała kłótnia. Następnie zajęłaś się sprzątaniem, jak to mówiłaś, aby odreagować, a na następny dzień było znowu pełno łez, krzyku i... Ross z Demi miał iść do ginekologa. Nie zdążył jednak bo zgarnęła go policja. - wymamrotał, skracając ów dzień do kilku słów.
- No właśnie.
- Więc... z czego zdałaś sobie sprawę? - zapytał, nie potrafiąc pojąć kobiecej logiki.
- Z tego, że jestem beznadziejną siostrą. - mruknęła, spuszczając wzrok.
- Słucham? Chyba sobie żartujesz. Cały czas byłaś z Rossem, codziennie, na każdej wizycie, czy to w szpitalu, czy tym przeklętym więzieniu...
- No właśnie. - przerwała ukochanemu.
- Pączuszku, ja nic nie kumam.- rozłożył ręce w geście bezsilności.
- Cały czas wspierałam najmłodszego brata, zapominając, że Riker też ma ogrom problemów. Wiesz, przez te kłótnie, zawsze byłam po stronie Ossiego... zawsze. Nigdy nie myślałam i nie zastanawiałam się nad tym, jak odbiera to Rik....
- Co nie znaczy, że jesteś okropną siostrą. - powiedział. - Z basistą była Stormie, mama Ally i jej siostry. Spokojnie, traktował Rossa jak traktował, doskonale zdawał sobie sprawę, że powinnaś być właśnie przy nim. - dodał, odwrócił następnie ukochaną tak, że stała centralnie przed nim, przechylił głowę lekko w prawo, po czym złączył swoje usta z jej wargami.
- Jesteś pewien? - wyszeptała między pocałunkami, które nasilały się z każdą sekundą.
- Oczywiście. - wysapał jak już oderwali się od siebie. Przytulił następnie blondynkę do siebie i lekko zachichotał. - Ale o tej godzinie chyba już do lekarza nie zdążycie.
- Co? - zdziwiła się. Przez ten całus zapomniała o całym Bożym świecie.
- No z Demi chciałaś iść...? - zapytał, unosząc brwi w górę.
- Ah, tak, tak. - odparła. - Musimy iść. - dodała. Spojrzała następnie prosto w oczy perkusisty. - A co zrobimy jak się okaże, że jest w ciąży?

NOTKA


Joł, cześć i czołem!

Witam Was po długiej przerwie! Jak już pisałam, na blogu zostałam sama, pewnie niedługo go zakończę, chyba, że serio mnie wena dopadnie i będą chętni na czytanie tych wypocin ;3


Tak jak obiecałam, wstawiam Ossdział. Zaczęłam szkołę, będę pisała pracę licencjacką więc na serio nie wiem w jakim odstępie czasu będę dodawała nexty. Mam nadzieję, że jednak mi to będzie wychodzić w miarę szybko. Przyznam się, że jak mam szkolne obowiązki to ZAWSZE robię wszystko aby tylko nie tykać książek xD



Do następnego!



CZYTASZ = KOMENTUJESZ
KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ

czwartek, 15 września 2016

Wyjaśnienia...

Witam! Tak, witam, nie witamy...

Hmm, nie wiem od czego zacząć, jak się przywitać, a może wpierw przeprosić? Tak, przepraszam za brak nextów, zero odzewu, w ogóle zero wszystkiego. Co było powodem? Po pierwsze to, że na blogu zostałam sama. Maja zrezygnowała z tego względu, że pod rozdziałami było coraz to mniej komentarzy i stwierdziła, uwaga cytat,,i tak tego burdlu* nikt nie czyta", także ekhem... Przez to i ja straciłam wenę i ochotę na pisanie bo w sumie Majak miała rację. Dwa, trzy koemnty pod Ossdziałami a my piszemy je kilka godzin, nawet dni. To przykre. Druga sprawa jest taka, że teraz w pracy miałam mega zapiernicz, była zmiana właściciela, nowe obowiązki, zasady i co najważniejsze (co najbardziej utrudniało mi życie) - pracujące weekendy. Praktycznie w każdą sobotę byłam w pracy i wystawiałam faktury. Normalnie dostawałam już oczopląsu od tych cyferek!

Przykro mi, że to tak wyszło, bardzo lubiłam Demi, Rossa to wiadomo i... chciałabym to kontynuować. Serio. Być może zepnę dupe i Ossdział pojawi się w niedzielę bo niestety w sobotę idę do roboty, znowu. Także ten... przepraszam te dwie, trzy osóbki, które czekały. Doczekacie się, serio :3 Aczkolwiek nie ukrywam, że pewnie niedługo zakończę opowiadanie :P

sobota, 6 sierpnia 2016

Rozdział 63

~~5 dni później~~
    - Bez Rydel wszystko jest takie trudne! - żalił się perkusista, zerkając beznamiętnie w brudne naczynia zalegające cały zlew i trzy szafki wokół. Przez to, że blondynka pół dnia spędzała w szpitalu razem z braćmi, następną połowę troszczyła się o Rossa, nie miała czasu na pranie, gotowanie, a o codziennych porządkach to już w ogóle nie było mowy. W związku z tym, Ell już piąty dzień jest Panią Domu, gdyż Rydel zarządziła, że to właśnie on przejmie jej proste, babskie obowiązki. Przez ten cały czas w domu Lynchów, o dziwo, panowała cisza i spokój. Nie wróżyło to jednak nic dobrego, wręcz przeciwnie. Od pięciu dni najmłodszy z rodzeństwa nie wychodził ze swojego pokoju, tak samo rudowłosa, która nie wyobrażała sobie minuty spędzonej w samotności. Bała się. Rodzice, przyjaciółka, rodzeństwo... unikała ich jak ognia, nie potrafiła spojrzeć im w oczy i porozmawiać o tym, co wydarzyło się kila dni temu. Nie umiała. Jedynym oparciem dla niej był blondyn, który sam ledwo co kontaktował... - Osz, no dobra. - Ellington zakasał rękawy, wciągnął na dłonie żółte, gumowe rękawice, po czym odkręcił kurek z ciepłą wodą. - Nie wiem za jakie grzechy, ale niech będzie. - z ogromną niechęcią podszedł bliżej zlewu i wlał do niego połowę zawartości butelki z płynem do naczyń. Piana aż ciekła bokami, perkusista jednak był niewzruszony i ze stoickim spokojem przecierał gąbeczką każdy talerz, po czym odkładał na suszarkę stojącą na stole obok. - Nosz, kurw...! - nagle po kuchni rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. - Nie, nie... Rydel zabije mnie za ten dzbanuszek! - jęknął, zbierając małe kawałeczki z podłogi. Starał się je następnie ułożyć w całość, poddał się jednak dość szybko. - E... kupię jej nowy. - pochwalił się, klepiąc w bark, chwilkę później wrócił do zmywania. Gdy był już w połowie, przypomniał sobie, że musi jeszcze wywiesić pranie i odkurzyć w pokoju Stormie. Najlepiej przed powrotem blondynki. Nastolatek zostawił więc stertę naczyń i czmychnął do łazienki, przy okazji tłucząc mały, różowy kubeczek. Gdy wyłączył pralkę i sięgnął po ubrania, nie wszystko poszło po jego myśli...
- Ell, już jestem! - krzyknęła blondynka. Mimo sytuacji w domu, głos miała wesoły i pogodny. Mina jej zrzedła dopiero jak weszła do kuchni. - Miałeś pozmywać! - burknęła złowieszczo, odkładając siatki z zakupami na wysłużony blat.
- Kochanie... mam malutki problem. - bąknął nieśmiało.
- Co do... - blondynka aż zaniemówiła. Najpierw kupka brudnych naczyń w zlewie i kilkadziesiąt kawałków szkła na podłodze, teraz... zalana łazienka, sterta mokrych ubrań w całym pomieszczeniu...a w środku całego zamieszania Ell z różowymi bokserkami Rossa na głowie.
- Ratliff! - warknęła. - Miałeś tylko pozmywać, odkurzyć, pozamiatać i wywiesić pranie! - fuknęła. - To dla ciebie aż tak dużo!
- Przepraszam! - krzyknął, rozkładając ręce w geście obrony. - Cały czas staram się jak mogę. - dodał już nieco spokojniej. Spuścił następnie głowę, rzucił przemoczone gatki Rossa na ziemię i wzdychnął ciężko. - Dwoje się i troje aby było wszystko zrobione, ale nie jestem robotem!
- Nie włączyłeś w ogóle wirowania, nie dziw się, że wszystko mokre, no i mówiłam, że pralka się psuje i trzeba najpierw wypompować wodę, a dopiero potem otworzyć wieko! - Rydel dalej wytykała perkusiście błędy.
- Zapomniałem, no, nie wściekaj się tak. Nie jestem kurą domową. - bąknął
- A ja niby jestem? Cały czas robię te wszystkie rzeczy i jakoś daje sobie radę! Kura domowa, ja ci zaraz dam... - syknęła z przekąsem. Ell zauważył, że w kącikach jej pięknych, piwnych oczu pojawiły się łzy.
- Przepraszam. - szepnął. Chwycił następnie londynkę za rękę i pociągnął w swoją stronę tak, że ich ciała przylegały do siebie całkowicie - Masz rację, miałem zrobić tylko kilka banalnych rzeczy, a znów nawaliłem. - mruknął. - Jak weszłaś, miałaś taki melodyjny i radosny głosik. - oparł czoło o jej i lekko się zaśmiał. - wybacz, że popsułem ci humor, ale... ja nie wiem jak ty to wszystko robisz. - westchnął, unosząc obie ręce w górę. Zaraz jednak położył je na biodrach blondynki, co wywołało falę ciepła na jej ciele.
- Nie masz przecież za co przepraszać, to ja cię tu zostawiłam z górą obowiązków na głowie. - szepnęła, całując chłopaka w skroń.
- Jesteś Aniołem, nie wiem jak to wszystko ogarniasz. - chłopak delikatnie założył kosmyk za jej lewe ucho, po czym przejechał kciukiem po rozpalonym policzku.
- Żaden tam Anioł. - zaśmiała się. Cały czas patrzyła w rozżarzone oczy perkusisty. Nie potrafiła jednak wyczytać z nich nic konkretnego... - Po prostu jestem dziewczyną. - dodała, składając nieśmiały pocałunek na ustach chłopaka.  - A jak tam Ossy? - zapytała jak tylko oderwali się od siebie.
- Śpi na górze. Czyli bez zmian. - odrzekł, patrząc z pożądaniem na blondynkę. Tęsknił za nią, pragnął jej ciała...
 - A tak w ogóle... nie wiem co się ze mną dzieje. -  dziewczyna czuła jak nogi uginają się pod jej ciężarem... Czuła jak szatyn rozbiera ją wzrokiem... Ona też tego chciała, nawet bardzo, ale... nie potrafiła. Speszona, odwróciła się, po czym przysiadła na samym koniuszku małego taboreciku.
- Coś nie tak, pączku? - zapytał. - Zrobiłem twojemu braciszkowi śniadanie, nie martw się, nie jest głodny. - dodał w obronie.
- Zdałam sobie sprawę dziś z pewnej rzeczy. - posmutniała. Nie dokończyła jednak, gdyż w tej samej chwili w progu stanął Riker z wielką walizką w ręku.
- No kogo widzą moje oczka! - krzyknął uradowany Ell. - Wrócił nasz tatuś. - poklepał radośnie przyjaciela po ramieniu. - O, i jest mamusia!? - zdziwił się, zerkając za plecy basisty.
- Ally? - blondynka wstała powoli z krzesła i pomaszerowała ku przyjaciółce. Była nieźle zmieszana, nie sądziła, że zobaczy ją tak szybko w domu. W ogóle poczuła ogromne zażenowanie i wstyd, ponieważ przez ten cały czas spędzony w szpitalu, odwiedziła ją zaledwie kilka razy... - Jak się czujesz? - zapytała niepewnie. Zarówno szatynka jak i Riker, mieli ogromny grymas na twarz, co nie wróżyło nic dobrego. Jakby tego było mało, dziewczyna wyglądała na bardzo zmęczoną, miała podkrążone oczy, zapadnięte policzki i jakby.... nieco schudła?
- Wszystko jest dobrze. - pisnęła, spoglądając porozumiewawczo na blondyna. - Może to dziwne, ale mimo tego, że cały czas leżałam, to i tak jestem wyczerpana. Położę się jeszcze na godzinkę, dwie i potem porozmawiamy, dobrze? - powiedziała nieco weselej. - Trzeba zrobić pranie i takie tam inne rzeczy.
- Połóż tę torbę w łazience... albo nie, daj ją tu. - westchnęła, przypominając sobie, nieszczęśliwy incydent z pralką. - Zaraz się wszystkim zajmę. - dodała, odbierając bagaż od brata.
- Zajmiemy. - poprawił ją perkusista, który nadal wpatrywał się z wybałuszonymi oczami w Ally.
- Chodź kochanie, odprowadzę cię. - basista chwycił dziewczynę za rękę, po czym skierował w stronę schodów. Szatynka nie protestowała, posłusznie podążyła za basistą. - Zaraz przyjdę, musimy pogadać. - dodał ospale, zerkając zza pleców na siostrę. Ta jedynie kiwnęła głową na znak zgody. Mimo tego, że Riker był spokojny, blondynka obawiała się kolejnej kłótni... Jak tylko para zniknęła na schodach, Ratliff padł na krzesło i głośno westchnął.
- Myślisz, że poroniła? - zapytał głupkowato, wlepiając wzrok w szarawy sufit.
- Nawet tak nie mów! - blondynka zdzieliła chłopaka ścierką, którą szybko zgarnęła ze stołu.
- Gdy chciała powtórzyć czynność, między nimi nagle pojawił się Ross. - Ossy? Jak się czujesz? Boli cię coś? - dziewczyna momentalnie zmieniła ton głosu i nastawienie. Chłopak jednak nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko i spojrzał na Ratlffa, po czym przeniósł wzrok na zapchany zlew.
- Perfekcyjna Pani Domu zawiodła? - zapytał, lekko chichocząc.
- Ossy, wszystko w porządku? - dziewczyna cały czas starała się uzyskać jakieś informacje. Bezskutecznie, nastolatek jakby jej nie zauważał. - jesteś głodny?
- Nie mamy czystej szklanki? - blondyn cały czas ignorował zapytania siostry. Nie robił tego jednak złośliwie. Przynajmniej jemu się tak wydawało.
- Zaraz, poczekaj. - Rydel w mgnieniu oka podeszła do zlewu i zaczęła zmywać. - Proszę. - dodała, podając bratu starannie wytartą szklankę. - Zaparzyć kawę, herbatę?
- Wody. - odrzekł patrząc nieprzytomnie w zatroskane oczy siostry, która bez chwili namysłu sięgnęła po butelkę, po czym nalała przezroczystej cieczy do naczynia. - Dzięki. - uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Riker wrócił, da? - Rydel jednak nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż w tej samej chwili w progu stanął basista, który momentalnie wbił wzrok w najmłodszego brata. Jak ich spojrzenia się spotkały, w ciele najstarszego  nagle wzrosła temperatura, wywracając wnętrzności do góry nogami... Ross wyglądał co najmniej okropnie... Miał popalone końcówki, zwęgloną skórę z której, gdzieniegdzie nawet odpadały małe, czarne płaty. Gołym okiem było widać, że cierpi, oddech zdawał się być ciężki i przyspieszony. Do tego stał zgarbiony, jakby pozycja pionowa sprawiała mu ból. Oczy miał szarawe, jednak dość wesołe. Na jego twarzy również widniał uśmiech, który nijak pasował do całej reszty.
- Ross... - gula w gardle nie pozwoliła mu jednak na wypowiedzenie jakichkolwiek słów. Czuł się jak w jakimś mocno pomerdanym filmie, gdyż miał wrażenie, że patrzy właśnie na żywą mumię.
- Jak chcesz znowu wypominać mi jakim jestem chujem, to nie dziś. - powiedział spokojnie. - Boje się, że mogą mi uszy odpaść i to dosłownie. - zachichotał, wziął następnie całą butelkę wody, po czym delikatnie szturchnął swoją siostrę. - Możesz mi umyć jeszcze jeden kubek? - Dziewczyna bez słowa spełniła prośbę brata.
- Nie mam zamiaru mówić nic takiego. - basista nagle odzyskał mowę. Było to trudne, gdyż stan zdrowia najmłodszego wprawił go w totalne osłupienie. Powoli i niepewnie podszedł jednak bliżej. Ku jego zaskoczeniu, nastolatek zrobił mały kroczek w tył. - Nie wiem nawet od czego zacząć. - wzdychnął, drapiąc się w kark. Spojrzał następnie w zaciekawione oczy siostry, chciał poszukać u niej jakiegoś wsparcia, pomocy, ona jednak cały czas zapatrzona była w Rossa, który z niemałym trudem utrzymywał równowagę.
- A ja nie wiem czy jest sens w ogóle zaczynać. - Ross wzruszył ramionami.
- Musimy pogadać - nalegał, szukając wsparcia tym razem u Ella. Znów bezskutecznie.
- Ale o czym? - warknął, zaciskając obandażowane pięści. Sama obecność basisty wzbudzała w nim nutkę złości i goryczy.
- O tym co się wydarzyło kilka dni temu. - rzucił krótko.
- Ale co mam ci niby powiedzieć? - zdziwił się. - Zresztą, nie mam teraz ochoty! - krzyknął.
- Jest wiele do wyjaśnienia, Ross. - odrzekł podniesionym tonem basista.
- Co to za krzyki? - do pomieszczenia weszła Stormie. Stanęła tuż obok wzburzonego Rikera, Rossa z kolei obdarzyła ciepłym i troskliwym spojrzeniem.
- O super, niech się teraz zleci cała rodzinka. - warknął pod nosem nastolatek. Nie chciał aby mama znowu była przy kłótni. - Jeszcze Rockiego brakuje... - nagle spoważniał, czuł jak wzbiera w nim dziwne, uporczywe uczucie... - O matko...!
- Co jest braciszku? - Rydel momentalnie podparła brata ręką.
- ROCKY! - wydarł się na całe gardło. Stracił panowanie nad ciałem, sprawiał wrażenie sparaliżowanego. Nagle szklanka, którą wcześniej nastolatek trzymał w ręku, spadła i roztrzaskała się w drobny mak. - On... On tam był... - majaczył. Nagle spod zwęglonej powieki spłynęło kilka kropel łez. - Zostawiłem go tam...
- Hej, spokojnie blondi, Rocky jest w szpitalu, nic mu nie będzie. Nie histeryzuj. - wtrącił spokojnie Ratliff, który również podtrzymał najmłodszego.
- Ale, widziałem go... Przywiązanego do krzesła. Był cały we krwi...Wystraszyłem się. - mówił dalej.
- Spokojnie, lada dzień wróci do domu i wszystko będzie jak dawniej. - uśmiechnęła się Rydel.
- Nie pomogłem mu, spanikowałem. On.. ta krew, myślałem, że... - zaciął się. Nagle poczuł na ramieniu dłoń swojego najstarszego brata.
- Dlatego chciałem pogadać. - posłał Rossowi pokrzepiający uśmiech. Pierwszy lat od ładnych paru miesięcy... - Siadaj, na spokojnie. - Riker pomógł bratu zająć miejsce na krześle, po czym sam usadowił się obok niego. To samo zrobiła Stormie i Rydel, Ell dosiadł się do grona chwilkę później,gdyż musiał najpierw zmieść stłuczone szkło.
- Ciężko mi wrócić do tamtego dnia, nawet w myślach, bo... To co ten skurwiel zrobił... - chłopak przykrzył sine usta i zacisnął pięści.
- Wiemy, że to dla ciebie trudne więc jeżeli nie chcesz o tym mówić, zrozumiemy. - wtrąciła Stormie, chwytając syna za rękę. - Chcesz odpocząć? - zapytała troskliwie, gładząc kciukiem obandażowane dłonie nastolatka, który po chwili zastanowienia pokiwał przecząco głową.
- Nie zabiłem go. - wydusił, patrząc matce prosto w oczy.  - Nie jestem mordercą.
- Ossy, nikt tak nie powiedział...
- Przecież o to wam chodzi. Nie musicie udawać. - syknął złośliwie. - Szczerze to wolałbym aby zgnił w więzieniu, zamknięty sam...
- Spokojnie. - Stormie przytuliła chłopaka z całych sił. Nie protestował.
- Tak o to chodzi. - powiedział stanowczo Riker. - Policja czeka już przed domem. - dodał, ignorując pouczające spojrzenie matki.
- Nie oddam go! - krzyknęła Rydel, uderzając pięścią w stół. - Nie mogą nam tego zrobić!
- Nikt go nie odda, spokojnie, sis... - wtrącił ponownie basista.
~~
     Rozmowa trwała dobrą godzinę. Przez ten cały czas głos zabierał praktycznie tylko Ross, który, mimo ogromnego trudu, opowiedział reszcie co się wydarzyło w opuszczonym domku, skąd wiedział jak tam trafić i od kogo otrzymał adres. Cała historia o okupie i szantażach była dla całej gromady ogromnym zaskoczeniem. Nikt nie przypuszczał, że Cleo posunie się aż tak daleko...
~~
     - Synku. - Stormie zahaczyła jeszcze Rossa, gdy ten wracał już do swojego pokoju.
- Tak, mamo? - zapytał z troską. Wiedział, że te wszystkie wydarzenia sprawiają jej ogromną przykrość, nie był jednak w stanie chronić wszystkich. Fakt ten, bolał podwójnie gdy tylko patrzył na zmęczoną twarz matki.
- Jest jeszcze jedna sprawa, której nie poruszałam podczas dzisiejszej rozmowy. - dodała niepewnie. Ross nic nie odpowiedział, czekał aż kobieta rozwinie myśl. - To co ten drań zrobił Demi nie jest łatwym tematem. Wiem, że cię to boli, skarbie. - zaczęła spokojnie. Chciała wybadać reakcję blondynka, ponieważ gdy wcześniej Riker poruszył ten temat, Ross wpadł w złość. Teraz jednak sprawiał wrażenie zrelaksowanego.
- Chyba wiem co chcesz powiedzieć. - wymamrotał, spoglądając na matkę. Jego wzrok był jednak ciepły i pełen zrozumienia. Mimo wszystko poczuł jak ostry, piekący ból przeszywa jego serce.
- Myślę, że zdajesz sobie sprawę z tego, że istnieje jakiś procent szans na to...
- Na to, że zaszła w ciąże. - dokończył Ross. Doskonale o tym wiedział, uciekał jednak od tych myśli, gdyż raniły jego duszę.
- Jeżeli nie chcesz iść z nią do ginekologa, zrozumiem to i mogę cię zastąpić. Ja lub Rydel. Myślę, że Demi w towarzystwie dziewczyny nie będzie aż tak onieśmielona.  - zaproponowała.
- Onieśmielona?
- Synku, to naprawdę drażliwy temat. Jeżeli Demi nigdy wcześniej nie była u ginekologa to pewnie będzie stresować się przed pierwszą wizytą. To u kobiet normalne i dlatego myślę, że wsparcie drugiej kobiety będzie dla niej bardzo korzystne. - wyjaśniła.
- Yhym, pewnie tak. - mruknął, chowając twarz za popalonymi włosami. Nie mógł dłużej się powstrzymywać...
- Nie płacz kochanie, jestem pewna, że wszystko będzie dobrze. - dodała pokrzepiająco.
- Nie będę wychowywał jego dziecka...

NOTKA


Joł, cześć i czołem!

Wybaczcie, że tak dłuuuugo nie było nexta, a jak już się pojawił to... to TAKI xD Ale chciałyśmy napisać cokolwiek, abyście o nas nie zapomnieli :C Bo jest tu ktoś jeszcze, prawda :D?

Ogólnie mega dużo się u nas działo, wakacje, wyjazdy, wczasy itp itdeeeee.... Nie było czasu na siedzenie przed lapkiem ,dlatego nic nie pisałyśmy. Postaramy się jednak w nexcie już nieco wyprostować sprawy ^-^

BUZIAKI!!



CZYTASZ = KOMENTUJESZ
KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ

niedziela, 10 lipca 2016

Rozdział 62 cz.II

     - Nikogo nie zabiłem. - bąknął Ross, wychylając niepewnie głowę zza starych, wysłużonych drzwi. Stanął następnie naprzeciwko nas, głośno westchnął, po czym wetknął ręce do małych kieszonek, znajdujących się po obu stronach różowych bokserek. Nie wiedziałam co odpowiedzieć, cała ta historia była dla mnie, co najmniej, nie do przyjęcia. - Chociaż nie ukrywam, zrobiłbym to. - dodał półgłosem. - Sukinsyn. - blondyn przekierował wzrok na twarz swojej siostry, zmarszczył brwi i pokiwał lekko głową na boki, chcąc pokazać swoje niezadowolenie. Zmrużył następnie powieki, po czym przysiadł delikatnie na drugim końcu łóżka. Było widać, że jest wyczerpany i słaby, mimo tego, posłał mi pokrzepiający uśmiech, po którym, bez namysłu, wtuliłam ciało w jego silne ramiona.
- Braciszku, nie chciałam tego powiedzieć. - zaczęła drżącym głosem. Spanikowała. - Doskonale zdaje sobie sprawę, że nie byłbyś w stanie tego zrobić. Ale fakt, faktem, Matt stracił życie. - końcówkę zdania wypowiedziała już szeptem. Cały czas zerkała to na mnie, to na Rossa, chcąc sprawdzać naszą reakcję i tym samym, kontrolować swoje wypowiedzi. Chociaż i tak już powiedziała więcej niż powinna.
- A co dokładnie się stało? - bąknęłam, odchylając nieco usta od klatki piersiowej chłopaka.
- Nic, nie zaprzątaj sobie tym głowy. Odpoczywaj. - blondyn okrył moje nagie uda pościelą, aby następnie ułożyć mnie delikatnie na łóżku. Kilka sekund później położył się tuż obok, dzięki czemu mogłam swobodnie wdychać jego cytrynowy oddech. - Śpij, jutro będzie lepiej. - uśmiechnął się, przejechał opuszkami palców po moim rozpalonym policzku, następnie sam przymknął zmęczone powieki. Oddychał szybko i ciężko, jakby coś w płucach nie pozwalało mu na swobodny przepływ gazów. Było widać, że sprawia mu to niemały ból.
- Wziąłeś...
- Wziąłem. - wtrącił, nie dając siostrze dokończyć zdania. Doskonale jednak wiedział, o co chce go zapytać.
- Dobrze, to ja was zostawię samych. - Rydel, po kilku minutach ciszy, wstała i skierowała się do wyjścia. Zatrzymała się jednak w progu, po czym delikatnie odwróciła głowę i spojrzała mi prosto w oczy. Nie chciałam aby już wychodziła, ale chyba tak właśnie będzie lepiej. Czy dla mnie? Nie, bardziej dla Rossa.
- Oh... - krzyknęła jak tylko zniknęła za drzwiami. - Przepraszam! Nic ci się nie stało?
- Nie, spokojnie. Nic nie upuściłam. - zachichotała czarnowłosa, próbując utrzymać równowagę. Na tacce niosła stos kanapek i dwa kubki z gorącą czekoladą. Na szczęście, gdy znienacka wyrosła przed nią Rydel, zdążyła się zatrzymać i przesunąć rękę nieco w bok.
- Uff, to dobrze. - blondynka otarła ręką czoło, po czym posłała Maji szeroki, przepraszający uśmiech. Przynajmniej tak się jej wydawało... Nie miała nastroju na rozsyłanie pozytywnej energii, sama cały czas czerpała ją od Ella, gdyż jej zasoby całkowicie opustoszały.
- Ale... - wtrąciła gdy Rydel chciała już ją wyminąć. Było widać, że jest zmęczona i nie ma ochoty na kolejną konwersację, Maja jednak chciała spróbować nawiązać kontakt, gdyż sama czuła dyskomfort. - Mogłabyś im to zanieść? - zapytała nieśmiało, spuszczając wzrok w dół. - Jaa... ogólnie nie wiem jak mam z nią rozmawiać. - wzdychnęła, kilka sekund później jej twarz przybrała purpurową barwę. Było jej wstyd.
- Pewnie, wszystko rozumiem, nie ma problemu. - blondynka przejęła tackę od dziewczyny, odwróciła się delikatnie, po czym znowu weszła do pokoju brata. - Słuchajcie... - zaczęła. Widząc, że para cały czas leży wtulona w siebie, ucichła i położyła jedzenia na stoliczku, który stał tuż obok łóżka. - Macie ciepły napój i kanapki. - szepnęła, widząc, że otworzyłam lekko prawe oko. Nic nie odpowiedziałam, nie miałam siły i ochoty, jednak gdy blondynka zniknęła za drzwiami, podniosłam się do pozycji siedzącej i sięgnęłam po talerz z ogromnym stosem kanapek. Byłam koszmarnie głodna, sam zapach świeżej szynki i warzyw przewracał mój żołądek do góry nogami.
- Coś się stało? - wyszeptał blondyn, błądząc dłonią po czystym, białym prześcieradle. Powieki jednak nadal miał zamknięte, szukał mnie po omacku.
- Rydel przyniosła jedzenie, chcesz? Mamy też ciepłą czekoladę. - odpowiedziałam, przełykając ogromny kęs. Jadłam bardzo szybko i zachłannie, musiałam nadrobić te kilka dni, gdzie w ustach miałam jedynie... - Nie, nie chcę o tym myśleć! - skarciłam się w duchu, czułam jednak, że znów szklą mi się oczy.
- Od gorących rzeczy wolę trzymać się z daleka. - zachichotał, przytulając różową pierzynę.
- Ryzykowałeś własne życie aby uratować moje. - mruknęłam, ściskając kubek w dłoni. Mimowolnie po policzkach spłynęło kilka kropel gorzkich łez, które po chwili zaczęły kapać prosto do naczynia. Wpatrywałam się w ciemnobrązową ciecz, szukając w niej jakiejś sensownej odpowiedzi, pocieszenia? Jedynie co zobaczyłam to natłok płomieni, krew i przerażoną minę pewnej rudowłosej dziewczyny...  - A jakby coś ci się stało? - odwróciłam głowę i spojrzałam prosto w jego zmęczone, matowe tęczówki. - Co-j-a bym w-te-dy zrob-iła? - zaczęłam łkać i płakać jak małe niemowlę.
- Hej, spokojnie. - blondyn ostatkiem sił podniósł obolałe ciało, usiadł w pozycji pionowej, po czym podparł  się rękoma o róg łóżka. Chwycił następnie kubek z gorącą czekoladą i odłożył z powrotem na stoliczek. Kilka sekund później objął mnie czule ramionami i pocałował delikatnie w rozpalone czoło. Ja natomiast wtuliłam twarz w jego tors i zaczęłam wylewać wszystkie smutki, nie mogąc pohamować napadu furii.
- On mnie zmuszał do tego. - żaliłam się, ciągle pociągając nosem.
- Wiem, kochana... - mruknął, przybliżył następnie policzek do mojego, chcąc mnie bardziej wesprzeć, pokazać, że nie jestem mu obojętna.
- To bolało, Ross, nie chcę już więcej tego przechodzić, nie chcę! - krzyknęłam, wplatając palce w popalone włosy chłopaka. - Nie chcę...
- Obiecuję ci, że już nigdy nikt cię nie skrzywdzi... - powtarzał, głaskając mnie po głowie. Czułam jak jego serce szybko bije, ręce drżały a oddech znów przyspieszył. Nie chciałam wprawiać go w zakłopotanie... ale, nie wiem czemu, ogarnęło mnie ogromne zakłopotanie.
- Ty też jesteś nienormalny! - rzuciłam oskarżycielsko, odpychając go lekko od siebie. Ross nic nie powiedział, patrzył na mnie zaszklonymi oczami, oczekując rozwinięcia, wyjaśnienia. - Mogłeś tam zginąć, dlaczego to zrobiłeś....?
- Bo cię kocham? - było to jednak bardziej stwierdzenie niż pytanie. - Poza tym... - uniósł mój podbródek nieco w górę, tak, że znowu wpatrywałam się w jego czekoladowe oczy. - Oszalałbym gdyby coś ci się stało.
- Ja ciebie też kocham. - Znacie to? Znacie tę chwilę, w której miłość waszego życia jest kilka centymetrów przed wami, kładzie dłoń na waszym policzku, oczekujecie najzwyklejszego na świecie pocałunku... a dostajecie cały świat podany na tacy? Ja właśnie tak mam. Chcę zatrzymać to uczucie do końca życia. Tak.
- Ale... powiedz mi pardwę, co się z nim stało. - wybąkałam, akcentując słowo ,,nim". Nie chciałam wypowiadać znowu tego imienia... przyprawiał mnie tylko o ból głowy.
- Nie wiem. Jak rzucił zapaloną zapałkę w rozlaną benzynę na starej, spróchniałej podłodze, to po prostu pobiegłem po ciebie. Nie myślałem wtedy. On został na dole.
~~
SZPITAL
     Austin od samego rana ciężko pracował, zajmował się nie tylko Ally, miał również na głowie setki innych pacjentów, których musiał doglądać od czasu do czasu. Był jednak bardziej zamyślony niż zwykle, co zostało zauważone przez większość pracowników, którzy musieli go często sprowadzać na ziemię, upominać. Chłopak jednak nie zwracał na to zbytniej uwagi, gdyż cały czas zamartwiał się sytuacją Demi oraz jej przyjaciół, zwłaszcza Rikera i jego przyszłej małżonki. Nie mógł się skupić, jego myśli były rozproszone i nie potrafiły się zgrać, aby przesłać do mózgu konkretne, trafne informacje. Błądziły jedynie wśród natłoku wiadomości, co bardzo utrudniało nastolatkowi skupienie uwagi na jednej, konkretnej rzeczy.
- A może to przez obciążenie wodami płodowymi...
- AUSTIN! - krzyknął starszy mężczyzna, który z mordem w oczach szedł w kierunku zamyślonego nastolatka. Młodzieniec jednak był głuchy na wszelkie nawoływania, prośby i polecenia. W głowie ciągle świdrował pewien, nieco szalony pomysł... - Mówię do ciebie. - nagle przed szatynem wyrosła wysoka postać w białym kitlu.
- Oh, tato! - jęknął zaskoczony. W tej samej chwili szybko schował, wymiętoloną już kartkę do kieszeni. Miał na niej rozpisane wyniki badań krwi Ally z poszczególnych dni.
- Co tam chowasz? - zapytał, wrogo zerkając na schowaną dłoń syna.
- Eeee, takie tam, w sumie nic. - mruknął, przecierając nerwowo spocony kark. - Do szkoły, mam pilny egzamin. - dodał zdezorientowany.
- Zmieniłeś wenflon pani Ornot spod 6 na świeży? - mężczyzna próbował zignorować podejrzane zachowanie nastolatka i zadał kolejne pytanie.
- Zapomniałem! - krzyknął. - Już biegnę! - Austin poderwał się szybko i pędem pobiegł przed siebie. Był zły, że zapomniał wykonać swojego obowiązku, z drugiej jednak strony cieszył się, że konfrontacja z ojcem już się skończyła, ale... czy aby na pewno?
- Zaczekaj. - krzyknął, chwytając szatyna niemalże w locie.
- Tak, tato? - pisnął.
- Co się z tobą ostatnio dzieje? Jesteś rozkojarzony, o wszystkim zapominasz, mylisz recepty i leki. - warknął. - Jesteś lekarzem, co więcej, jesteś moim synem. Nie możesz popełniać takich błędów.
- Tak, wiem. Przepraszam. - odrzekł skruszony, po czym szybko pobiegł do sali numer 6. Po drodze jednak napotkał Rikera, który bez zastanowienia zatrzymał pędzącego nastolatka i zalał falą pytań na temat stanu zdrowia Ally.
- Trwają badania. - skwitował, nerwowo zerkając na szóstkę widniejącą tuż po jego lewej stronie.
- Właśnie, a nie uważasz, że to już zbyt długo? - zapytał piskliwym głosikiem. - Wymęczycie ją, od samego rana tylko te całe badania i badania. - mówił już płacząc. Austin przeniósł wzrok na jego osobę i aż zaniemówił z wrażenia. Basista był calutki blady, miał zapadnięte policzki, przekrwione i podrażnione oczy, a co więcej, jego twarz wyglądała jakby właśnie przybyło jej co najmniej dwadzieścia lat. Okropny widok.  - Pogorszyło się, że zabraliście mi ją na calutki dzień? - wypowiedział z trudem. Jego broda cały czas drżała, nie potrafił zapanować nad emocjami.
- Posłuchaj. - wzdychnął. - Ja nic nie mogę obiecać, zupełnie nic. - przerwał, chwycił następnie suche i pomarszczone dłonie basisty, po czym kontynuował. - Ale staram się z całych sił aby twoja dziewczyna urodziła zdrowe dziecko, co więcej, abyście wychowali je razem. - chłopak nie chciał zdradzać swoich planów, dopóki nie byłby pewny chociaż części zabiegu, który planuje przeprowadzić na dziewczynie... Widok zdesperowanego basisty zmusił go jednak do uchylenia rąbka tajemnicy... Ale czy ta decyzja była aby na pewno dobra?
~~
DOM LYNCHÓW
godzina 22.00

     Dzień powoli dobiegał końca, słońce schowało się już za horyzont, ustępując miejsca tajemniczej nocy, ulice opustoszały, światła w domach pogasły... tylko w mieszkaniu muzyków ciągle panował chaos i rozgoryczenie. Zła aura otaczająca każdego z domowników, ciągle rosła w siłę, wysysając z nich nadzieję na lepsze jutro...
- Zjedz jeszcze troszkę, co, pączku? - Ell szturchnął delikatnie blondynkę w lewe przedramię, po czym spojrzał znacząco na talerz zupy, stojący tuż przed jej nosem. Dziewczyna cały czas mieszała w niej srebrzystą łyżką, robiąc co jakiś czas przerwę aby wydmuchać nos. - Bo zaraz zrobisz dziurę.
- Po prostu się martwię. - burknęła, nie przerywając swojej czynności. Ciągle zapatrzona była w ciemnawą ciecz, jakby właśnie tam istniała instrukcja jak należy rozwiązać wszystkie problemy, oraz przycisk, który mógłby je po prostu wyeliminować.
- Ja pozmywam. - wtrąciła Maja, która, mimo wszystko, zjadła aż trzy porcje. Przejmowała się wszystkim podobnie jak Rydel, musiała jednak zadbać również o brzuszek swojego dziecka. Nikt nie wniósł sprzeciwu, po chwili więc zaczęła zbierać talerze oraz szklanki. Kiedy już chciała nalać wodę do zlewu, przeszkodził jej Zack, który znienacka pojawił się tuż obok niej.
- Porozmawiamy na osobności, zgoda? - szepnął brunetce prosto do ucha. Czujna Rydel jednak wszystko usłyszała.
- O czym chcecie rozmawiać? - zapytała, przestając mieszać łyżką w swojej zupie.
- W końcu dałaś jej spokój! - wtrącił wesoło Ell. - Już myślałem, że zamęczysz ten talerz. - chciał jakoś rozbawić blondwłosą, ten tekst jednak nie pomógł. Dziewczyna zmierzyła perkusistę jedynie przenikliwym spojrzeniem, gdyż bardziej interesowała ją teraz dwójka, która stała przy zlewie.
- Oh, no dobrze. - burknął zrezygnowany Zack, po czym odkręcił kurek z ciepłą wodą, dając tym samym znak Maji, że może dokończyć sprzątanie po nietypowej kolacji. Chwilkę później usiadł na wcześniej zajmowane miejsce przy stole, oparł łokcie o blat, wziął głęboki oddech i zaczął.- Chodzi o to... to znaczy, wtedy jak... - plątał się, nerwowo zerkając za plecy. Pozostała trójka bacznie obserwowała jego ruchy, szczególnie Rydel. - Pamiętacie jak moja siostra uciekła z domu i pojechała do Rossa, potem mieliśmy ten wypadek? - zapytał, patrząc na każdego po kolei.
- Wtedy się wszystko zaczęło... - mruknęła Rydel.
- Byłem wtedy wkurwiony na Demi, ale nie chciałem kablować rodzicom, że pojechała do Rossa. Mama może i jakoś by to przełknęła, ale nie ojciec. On uważa, że ten cały blondas nie jest odpowiednim kandydatem na chłopaka dla mojej siostry, dlatego chciałem uniknąć kłótni i nakłamałem, że ruda pojechała na biwak szkolny no i, że muszę ją stamtąd odebrać bo autokar się zepsuł. Oczywiście rodzice kupili te gadkę. - urwał na moment. - Po naszym wypadku mama złożyła jednak skargę do dyrektora szkoły... - wzdychnął, spoglądając znacząco na blondynkę, która słuchała wszystkiego z szeroko otwartymi ustami. - No i wyszło na jaw, że jednak żadnego biwaku nie było, matka się wkurwiła, ojciec to już w ogóle, pokłócili się i... no i na ten moment tato wyprowadził się z domu, narzucając mamie, że wychowała mnie i Demi na kłamców, złodziei i chuliganów... Dodatkowo zabrał ze sobą Stefę. Wszystko wyszło na jaw dosłownie dwa dni temu... Ojciec zagroził też rozwodem... Ale jak dowiedzieli się o porwaniu to jakoś znowu zaczęli ze sobą gadać bo byli razem na policji, ale myślę, że teraz nadal się kłócą i obwiniają siebie nawzajem, który z nich popełnił błąd przy wychowaniu dzieci...
- O matko. - Rydel aż upuściła łyżkę, robiąc obok swojego talerza mały bałagan.
- Dlaczego to wyszło dopiero teraz? - zapytał zaskoczony Ell.
- Rodzicie byli bardzo przejęci wypadkiem, w końcu lekarze powiedzieli, że mogę się w sumie w ogóle nie obudzić. Jak już czułem się lepiej, poszli do szkoły ze skargą, dyrektor jednak cały czas tłumaczył, że jego placówka nie organizowała niczego takiego. Mama cały czas zacięcie stała przy swoim, napisała więc skargę i wysłała na piśmie. Było trzeba czekać aż ją rozpatrzą, dlatego to tyle trwało. Pech chciał, że wszystko nam się skumulowało właśnie teraz. Nie wiem czy czasem nie wyrzucili młodej ze szkoły za to oskarżenie ze strony naszych rodziców... Nic nam wcześniej nie mówili bo pewnie bali się reakcji siory, ale kurcze... Przypał jakich mało.
- To już się robi śmieszne... - perkusista pokręcił głową na boki. Chwilkę potem usiadł obok swojej ukochanej, aby nieco ją podtrzymać na duchu.
- Rodzice zamartwiają się Demi bo wiedzą co ten skurwiel jej zrobił, ale... mają świadomość tego, że jest tutaj, a nie u siebie w domu. Ojciec wyraźnie powiedział, że nigdy w życiu nie przekroczy progu waszego mieszkania, ale boję się, że przyjdzie matka i zrobi awanturę. A nie wiem jak tam się siora w ogóle trzyma. To silna dziewczyna, ale gwałt to jest poważna sprawa, tym bardziej, że naćpany Ross już raz próbował ją rozebrać. - powiedział nieco oskarżycielskim tonem. - Wiecie, jej psychika może to długo trawić, a jeszcze jak dojdzie awantura z rodzicami... Będzie ciężko, w sumie dodam, że odkąd Demi jest z tym blondynem, to często pod naszym dachem toczą się rozmaite kłótnie i ostra wymiana zdań.
- Sugerujesz coś? - warknął Ratliff.
- Ell. - wtrąciła Rydel, posyłając ukochanemu pouczające spojrzenie. - Ossy często rozrabiał, nie był fair w stosunku do wielu dziewczyn, ale na Demi mu naprawdę zależy. Mieliśmy też sporo ciężkich dni, w sumie miesięcy, lat? - westchnęła. - Ossy wpadł w silną depresję, nie mogliśmy sobie z nim poradzić, a jak myśleliśmy, że było już dobrze, okazywało się, że poza domem zachowywał się skandalicznie. Cały czas próbujemy związać koniec z końcem.
- To może zrobimy tak. - odezwał się po chwili ciszy. - Ja spróbuję pogodzić rodziców i jako, że liznąłem nieco prawa na studiach, spróbuję też zadziałać w sądzie. Wy zaopiekujecie się moją siostrą i ogarniecie w końcu tego blondyna, zgoda? - zapytał, nikt mu jednak nie odpowiedział. - Bo tak w ogóle, wiecie, że Ross jest oskarżony o morderstwo, no i to nie pierwszy raz.
- Wiem. - powiedziała blondynka, po czym wybuchnęła płaczem.
- Jak tylko jego stan poprawi się na tyle, aby można było go przesłuchać, wezmą go do aresztu. To jest więcej niż pewne. - dodał. - A moja siostra znowu będzie przez niego cierpiała.
- Nie płacz... - Ell mocno przytulił blondynkę i przykleił policzek do jej czoła.
- Chociaż... - Zack zrobił minę myśliciela.
- Chociaż co? - bąknęła, wycierając nos w koszulkę perkusisty.
- Nie dziwie mu się, sam ukręciłbym kark temu skurwielowi. Załatwię najlepszego obrońcę i jakoś tam sobie poradzimy. Mam nadzieję, że dadzą mu wyrok w zawieszeniu. Blondyn ma szczęście, że akurat w tej sytuacji działamy po tej samej stronie.
- Ale nie mogą go o to oskarżać. - wtrącił po chwili Ell. - Jak nie odnajdą zwłok tego całego Matta to skąd będą wiedzieli, że Ross go zabił... No kurcze, dom stał w płomieniach, może po bójce z młodym, rudzielec po prostu nie miał sił się wydostać no i..
- Spłonął żywcem. - dokończył Zack. - Wiem, to skomplikowane, prawo karne działa jednak na swoich własnych zasadach. Ale to już zostawcie mnie. - westchnął, ocierając twarz dłońmi. -  Zastanawia mnie jeszcze gdzie ulotniła się Cleo. Też powinna odsiedzieć swoje.
- Nie wiem, po tym jak przybiegła powiedzieć nam, że Rocky jest w środku, zniknęła. - wzruszył ramionami.
- Trzeba ją naleźć i też przesłuchać... - nie dokończył, gdyż w tej samej chwili do kuchni weszła Stormie w towarzystwie Kiby.
- Dzieci, wy jeszcze nie śpicie? - zapytała troskliwie, wodząc wzrokiem po pomieszczeniu.
- Mamo. - blondynka bez chwili zastanowienia podeszła do rodzicielki, chwyciła ją pod pachę i pomogła zająć miejsce przy stole. - Jak się czujesz?
- Wyśmienicie, kochana, sen dobrze mi zrobił. - uśmiechnęła się. - Pytanie jak wasza forma? Rydel, znowu płakałaś, no i widzę... Rikera nie ma?
- Nie martw się o mnie, mamuś... a Rik, w sumie to nawet nie zadzwonił. Ale pewnie zostanie na noc w szpitalu. Rocky też się jeszcze nie obudził, Austin dał słowo, że w razie coś, to da znać. Zrobię ci ciepłej herbatki, dobrze? - nie czekała jednak na odpowiedź. Wstała, sięgnęła po mały czajniczek i nastawiła wodę. Wyciągnęła następnie duży, biały kubek i włożyła do niego pachnącą torebeczkę w kształcie piramidy.
- A Demi? - kobieta ciągnęła rozmowę.
- Byłam u niej tylko przez jakieś dziesięć minut, potem przyszedł Ross. - wyjaśniła. -  Godzinkę temu zaniosłam im kolacje, spali jednak więc ich nie budziłam.
- Rozumiem, dobrze zrobiłaś. Dziewczyna też musi ochłonąć. Chciałabym jednak porozmawiać z synkiem. - dodała już bardziej do siebie. - Ale to jutro lub pojutrze, też niech sobie odpocznie.
- Jutro od rana idziemy na komisariat...
- Nie, ja idę, wy zostajecie. - wtrącił Zack. - Umawialiśmy się, że ja ogarnę sprawę na policji, wy zajmiecie się moją siostrzyczką. - zarządził. - Też musicie przecież zregenerować siły i wszystko sobie poukładać, ja znam się na prawie dość dobrze, poradzę sobie sam. Nie wszystko na raz. Przesłuchania odbędą się dopiero na rozprawie w sądzie. A teraz już pojadę do domu, jest bardzo późno, pogadam jeszcze ze swoimi rodzicami. - spojrzał porozumiewawczo na blondynkę, która kiwnęła głową na znak zgody.
- Ja pojadę z tobą. - odezwała się Maja, która siedziała skulona w samym kąciku kuchni.
- Nie chcesz wspierać przyjaciółki? - zapytał zaskoczony, unosząc obie brwi w górę.
- Chcę... - jęknęła, przysuwając kolana aż do samej brody.
- Mamy kilka dodatkowych pokoi, możesz nocować u nas. - zaproponowała zadowolona Stormie.
- Dobrze. - odpowiedziała, chociaż widać było, że niechętnie. Nagle po mieszkaniu rozległ się głuchy dźwięk dzwonka. Rydel aż podskoczyła i momentalnie wtuliła się w Ella.
- Kto to może być o tej porze? - szepnęła. Zerknęła następnie na zegarek, który wskazywał już północ.
- Nie bój się, pączuszku. - perkusista cmoknął dziewczynę w kącik ust, po czym skierował się na korytarz.
- Kto tam? - zapytał dla pewności.
- To ja, spokojnie. - odezwał się szybko Shor. - Otwórz bo mi strasznie zimno!
- No już, już... - mężczyzna wparował na korytarz, zdjął buty i bez słowa pomaszerował do kuchni, ciągnąc za sobą również Ellingtona. - Dobrze, że jeszcze nie śpicie! - krzyknął, klaskając w dłonie. Momentalnie został zbombardowany wściekłym wzrokiem Rydel, nie zwrócił jednak na to szczególnej uwagi. - Pierwsza sprawa z mojej strony. - zaczął, wcinając nieświeżego naleśnik, którego przed sekundą wyciągnął z lodówki. - Fani są wściekli z powodu odwołania trasy koncertowej, a co za tym idzie straconej kasy na bilety.
- Wujku, nie uważasz, że możemy się zająć tym później? Teraz najważniejszy jest... - Rydel cały czas zamartwiała się tylko najmłodszym z rodzeństwa, wiedziała jednak, że wszyscy są w nieciekawej sytuacji. - To znaczy...
- Tak, wściekłość kilkunastu tysięcy ludzi to nic w porównaniu z tym, co się dzieje w tym domu. Ja wiem. - burknął. - Chcę jednak abyście byli świadomi tego, że prasa również się nie popisała inteligencją. - mówiąc to, cisnął kolorowe czasopisma na stół, które ukazywały artykuły na temat skandalicznego zachowania Rossa, kompromitujące zdjęcia, nagłówki, docinki i rzekome wywiady z członkami zespołu.
- Osz, kurwa... - skwitował Ell, który zaczął przeglądać pierwszą lepszą gazetę.
- Dobra, to tyle ode mnie. - powiedział, nalewając wodę do szklanki. - Teraz wasza kolej, jak się sprawy mają? - zapytał, spoglądając na każdego po kolei. Z racji tego, że Zack najwięcej orientował się w temacie, pierwszy zabrał głos. W późniejszym czasie do rozmowy dołączyła się również cała reszta.
- Dobra, to plan działania na kolejne dni już jest. - stwierdził Shor po godzinnej pogadance. - Teraz do łóżek i się wyspać, bo jutro czeka nas wszystkich bardzo ciężki dzień...

NOTKA


Joł, cześć i czołem!

Pod ostatnim Ossdziałem mamy tylko jeden komentarz, ale... zdajemy sobie sprawę z tego, że możecie być źli za takie duże odstępy czasowe dodawanych nextów... Serio przepraszamy! Teraz postaramy się aby kolejne Ossdziały były co tydzień ;3 

Mamy nadzieję, że nam wybaczycie!! :D

Chcemy naprostować już nieco historię dlatego ubiłyśmy Matta hahah xD Ale w sumie... Nie wiadomo co z Cleo :D??? Jak myślicie, wywinie coś :P?

                          



CZYTASZ = KOMENTUJESZ
KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ

niedziela, 3 lipca 2016

Rozdział 62

Od samego początku chcemy Was przeprosić za tak długą zwłokę z Ossdziałem :C Już dawno jesteśmy po sesji, ale tak jakoś się złożyło, że jeden tydzień żeśmy opijały sukces z naszym rocznikiem, w next weekend byłyśmy z naszymi drugimi połówkami nad morzem (było cuuudnie :* ) , no i tak nam tygodnie leciały : O A w tygodniu bardzo mało czasu bo praca i obowiązki w domu bardzo dużo czasu pochłaniają. Niby mamy już wakacje ale i tak od rana do południa w robocie, potem obiad, spacer z psem itp... A wiadomo, gorąco to i na plaże trzeba iść podpiec troszkę te grube brzuszki...

                               Postaramy się bardzo aby next był za tydzień ;3
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



SZPITAL
     Ratliff powolnym krokiem dreptał w kierunku sali, gdzie miał spotkać się z Rydel. Cały czas zastanawiał się co ma powiedzieć, jak wytłumaczyć ukochanej, że mimo fatalnego stanu, Ross właśnie pojechał sam do domu. Chłopak z każdym krokiem czuł coraz większą niepewność. Strach blokował jego oddech, powodując lekkie napady drgawek i coraz większą zadyszkę.
- Zabije mnie za to. - wzdychnął, drapiąc się w kark, po którym spływały zimne krople potu, zostawiając tym samym mokre i tłuste plamy na pogniecionym kołnierzyku. - ekhem, kochanie, twój brat teraz pojechał do domu porozmawiać z Demi, nie przeszkadzaj im... wiesz, że ją zgwałcił ten... nie,nie! Może inaczej... - główkował, obgryzając paznokcie z narastającego stresu. Szedł przed siebie bardzo niepewnie, co drugi krok robił chwilową przerwę, łapał łapczywie oddech, aby po kilku sekundach znów odważyć się na wznowienie wędrówki.  Czuł jakby właśnie zmierzał na walkę ze swoimi największymi słabościami... - Rydel... - szepnął, zerkając za zakręt korytarza. Blondynka siedziała na ławce razem z Rikerem, który kurczowo trzymał siostrę za rękę. Nad nimi stał starszy mężczyzna w białym kitlu, tłumaczył im coś. Widać było, że basista przeżywa ciężkie chwile. - Co jest, kurwa! - nagle ktoś gwałtownie pociągnął perkusistę do tyłu. Chłopak był tak wystraszony po ostatnich przeżyciach, że gotów był nawet i uderzyć przeciwnika. Zamachnął się więc i bez chwili zastanowienia cisnął pięści na oślep.
- Spokojnie, to tylko ja. - szepnął Austin, przykładając palec do ust, dając tym samym znak, aby perkusista zachował ciszę. Na szczęście zwinnie uniknął niespodziewanego ataku ze strony szatyna i na spokojnie zaczął rozmowę.
- Nie strasz mnie... - Ratt chwycił się za lewą pierś i mocno wzdychnął. - A co ty tu masz? - zapytał, widząc wielką igłę i paczkę tabletek w jednej ręce Austina.
- Leki? - uniósł brwi w górę. Był lekko zaskoczony, przecież jest w pracy, takie rzeczy przenosi z pokoju do pokoju niemal co chwilkę.
- Dla Rikera? - odparł głupkowato, chichocząc z własnej głupoty.
- Nie, dla Rossa. - burknął. - Ale nie chcę aby jego siostra weszła do sali bo zacznie zasypywać go falą pytań... A on musi odpoczywać, ledwo z życiem uszedł. Co mu w ogóle strzeliło do głowy aby rzucać się w płomienie!
- Demi? - było to jednak bardziej stwierdzenie niż pytanie, po którym nastała chwila niezręcznej ciszy. Austin nadal czuł się odpowiedzialny za kłótnię o artykuł w gazecie, dlatego poruszanie tematu rudowłosej było dla niego mało wygodne.
- Dobra, nie o tym chciałem porozmawiać. - wtrącił szybko, czując na sobie przeszywający wzrok perkusisty, który celowo przerwał rozmowę właśnie w tym momencie. - Chodzi głównie o Rikera, Ally i ich dziecko. - dodał na jednym oddechu, chcąc uniknąć niewygodnego tematu.
- Rik jest tam, możesz iść z nim porozmawiać. - powiedział obojętnie. Sam nie wiedział czemu ta sprawa była mu obca, każdy miał problemy, ale on i tak najbardziej chciał pocieszyć blondynkę. Czuł, że to właśnie ona przeżywa to wszystko najgorzej. Ma rację?
- Nie mogę. - wypalił. - Twój przyjaciel na mnie liczy, ja niestety nie mogę nic z tym zrobić. - powiedział to takim tonem, jakby właśnie stracił życiową szansę na udowodnienie światu, jak bardzo się myli.
- Liczy na ciebie? - zdziwił się.
- Tak. Wiesz przecież, że muszą wybrać. Jestem świadomy tego, że jest to trudne i wymaga stalowych nerwów, przemyśleń i poświęceń, na pewno będzie bolało przez wiele lat...
- Może konkretniej? - warknął nieco zniecierpliwiony perkusista. Nie miał teraz ochoty wysłuchiwać żali ze strony Austina. Chciał przytulić i pocieszyć blondynkę, nic więcej.
- Wiem, że namieszałem w waszym życiu... - chłopak jednak znów przeciągał rozmowę.
- Kurwa, chłopie ogarnij dupę. Tak, spierdoliłeś sprawę ale taką zawiłą gadką niczego nie odkręcisz. - powiedział złośliwie.
- Jestem zdenerwowany! - Austin mimo wszystko próbował się wybronić. Wiedział, że jest na przegranej pozycji, mimo tego bardzo zależało mu na tym, aby wszystko odkręcić i nadal utrzymywać kontakt z rudowłosą.
- Tak, wkurwiłeś Rossa. - wypalił. - To znaczy, może inaczej... doprowadziłeś do tego, że jego miękkie serduszko rozpadło się na srylion kawałeczków. - sprostował nieco poważniejszym tonem. - Do tego ten psychol porwał Demi, przez to wszystko  nasz blondi prawie kopnął w kalendarz, Riker ma depreche, pani mama ledwo oddycha... Rydel wyrywa sobie włosy z głowy aby to wszystko jakoś ogarnąć... - przerwał na moment. Skierował następnie wzrok w biały, szpitalny sufit, przymknął oczy i przez dobre kilkanaście minut uciekł do świata reflekji. - Matko, czy tylko my mamy takiego pecha? - odezwał się, unosząc powoli ciężkie powieki. Spojrzał następnie z wyrzutem na młodego lekarza, chwilę potem odwrócił się na pięcie i powolnym krokiem udał się w kierunku Rydel. Niestety, Austin ponownie chwycił go za rękę i pociągnął lekko ku sobie. - Nie możemy tak po prostu... jak każda normalna rodzina. Usiąść przed domem, porozmawiać, pośmiać się i wypić piwo? - Ratliff kontynuował swój monolog. - Kurwa, czy nie możemy zrobić czegoś razem od tak, do jasnej cholery! - czuł jak gniew i poczucie bezsilności rośnie w jego piersi.
- Przykro mi. Próbowałem już wszystkiego ale... - nagle przerwał, uniósł następnie obie brwi w górę, po czym uśmiechnął się szeroko. Kilka sekund później, nic nie mówiąc, puścił się pędem przed siebie. - Ja chyba wiem co zrobić...! Nic nie mówi Rikerowi! - krzyknął, odwracając się w stronę perkusisty. Biegł tak szybko, że aż nie nadążał przebierać nogami. Do tego miał na sobie szpitalny, biały kitel, który dodatkowo krępował ruchy. Ratliff wzruszył jedynie ramionami, gdyż zaskoczył go taki zwrot akcji. Nadal trwał w zamyśleniu i nie potrafił posklejać wątków, które pojawiły się przez ostatnie kilka chwil.
- Czego nie masz mówić Rikowi? - perkusista nagle usłyszał ciche łkania tuż za swoimi plecami, które momentalnie sprowadziły go na ziemię. Chłopak wziął więc głęboki oddech i z ogromnym niepokojem odwrócił się, po czym spojrzał swojej wybrance w przekrwione i mokre od płaczu oczy. Chciał coś powiedzieć, ale sam nie wiedział jak zacząć wypowiedź, czuł, że jego język zaplątany jest w ogromny supeł. Było mu strasznie przykro widząc swoją wybrankę w takim stanie. Znowu.
- Sam nie wiem o co mu chodziło. - odparł, przełykając głośno ślinę. Czerwona, zapłakana twarz Rydel zawsze wywoływała u niego napad lęku i strachu. W takich sytuacjach Ratliff zawsze panikował, wiedział bowiem, że nie daje blondynce tyle wsparcia, na ile zasługuje. Bo przecież gdyby tak było, nie płakałaby codziennie, prawda?
- Kłamiesz... - szepnęła, ledwo otwierając usta. Zmarszczyła również brwi i przygryzła dolną wargę aby zatrzymać łzy, które i tak ogromnym strumieniem popłynęły po jej policzkach. Perkusista bez namysłu podszedł do dziewczyny i mocno przytulił.
- Ciii... - mruknął, głaszcząc ukochaną po głowie. - Musisz mi uwierzyć. Austin do mnie podszedł i powiedział, że nic nie może zrobić w sprawie ciąży.
- Czyli jednak ktoś musi stracić życie, aby...
- Spokojnie. - przerwał jej wypowiedź. - Potem jednak jakby go olśniło bo szybko odbiegł z wielkim uśmiechem na ustach. - dodał, patrząc Rydel prosto w oczy. - Bardzo gryzie go sprawa Demi, coś mi się wydaje, że czuje się nawet nieco za to odpowiedzialny... w końcu to on zabrał ją na beznadziejną randkę z której zdjęcia trafiły do gazety. Potem nasz blondi oszalał...
- Porwali i skrzywdzili Demi, Ossy prawie... - zapłakała. - Wiem! Nie musisz mi tego przypominać! Jesteś okropny! - uderzyła chłopaka kilka razy z pięści w tors.
- Przepraszam, no, już. - lekko się uśmiechnął, po czym wytarł kciukami łzy z jej twarzy.
- To... - wtuliła ciało  ponownie w ramiona chłopaka. - Może jednak Austin wpadł na jakiś pomysł? Może znalazł rozwiązanie? - zapytała z nutką nadziei w głosie. Ratliff z kolei nie wiedział co jej odpowiedzieć... Może faktycznie ma rację? Ta sprawa nie pachnie ciekawie...
- Dlatego nie miałem nikomu nic mówić. - chwycił podbródek dziewczyny, po czym uniósł nieco w górę. - Być może jakiś pomysł zrodził się w jego głowie, ale... pewnie sam nie jest tego pewien. - Rydel jedynie kiwnęła głową na znak zgody, perkusista zauważył jednak, że ta informacja podniosła ją troszkę na duchu.
- A tak nawiasem mówiąc, gdzie nasz przyszły tatuś? - zapytał. Celowo sformułował zdanie właśnie w ten sposób, chciał aby Rydel czuła jego wsparcie, aby wiedziała, że i on wierzy w pozytywne zakończenie.
- Poszedł właśnie do Ally. Myślę, że powinniśmy zostawić ich samych i faktycznie nic nie mówić aby nie robić zbyt dużej nadzieii... powiedziała. - Chociaż przykro mi z tego powodu...
- Wiem. Wszyscy się tym przejmujemy. - wzdychnął.
- A co z mamą? - zapytała, w tym samym jednak czasie perkusista wspomniał o Rockym.
- Pani mama leży w łóżeczku i pije ciepłą herbatkę. - uśmiechnął się. - Wyjdzie z tego, spokojnie.
- Rocky jest pod stałą obserwacją, stracił bardzo dużo krwi, nadal jest nieprzytomny. Ale Austin mówił, że za kilka dni powinno już być lepiej. Patrząc na rany wywnioskował, że musiało tam dojść do bójki. Ale ciągle zastanawiam się jak...?
- Nie mam pojęcia. - wzruszył ramionami. - Jak Cleo zniknęła to i naszego głupka wcięło.
- Nie odbierał wtedy telefonów, nic... - wytarła nos w rękaw, uspokoiła też nieco oddech i przestała płakać.
- Może pobiegł za nią?  - zapytał, chwilkę później ucałował wybrankę w czoło.
- Wiesz czego się też boję? - wyszeptała. Ratliff nic nie odpowiedział, czekał aż blondynka rozwinie wypowiedź. - Boję się, że on na prawdę się w niej zakochał. Teraz jak wszystko wyszło na jaw... nie wiem jak Rocky to odbierze i czy się po tym wszystkim pozbiera, czy się w ogóle z tym pogodzi...
- Poukładamy wszystko jak odzyska przytomność. Teraz może pojedziemy do domu, zrobię ci ciepły posiłek, weźmiesz relaksujący prysznic i odpoczniesz? - zaproponował, przejeżdżając kciukiem po jej suchym policzku. - Od wczoraj w ogóle nie spałaś.
- Nie, Ratt. Wiem, że chcesz dobrze dla mnie ale ja nie wiem co z Ossym... - chwyciła dłoń perkusisty, po czym przyłożyła ją do swojej lewej piersi. Spojrzała następnie na chłopaka, który nerwowo unikał kontaktu wzrokowego. Rydel wyczuła, że coś jest nie tak. - Co się dzieje?
- Twój braciszek pojechał do domu. - wypalił. Wiedział, że nie ma co tego ukrywać, tak czy siak wszystko wyjdzie na jaw. Kolejna zgubna tajemnica przysporzyłaby dodatkowe problemy, a po co?
- CO TAKIEGO!? - wydarła się, zwracając uwagę kilku pacjentów, którzy akurat przechodzili obok.
- Spokojnie, pączuszku...
- Dlaczego do mnie nie przyszedł? Czemu ja nie wiem! Austin mówił, że obrażenia są poważne, co mu strzeliło do głowy? - lamentowała.
- Ale rybko, ty moja... - próbował przebić się przez jej donośny głos. - Spójrz na to z innej strony. Tak samo jak ty martwisz się o niego, chcesz wiedzieć jak się czuje...
- Jestem jego jedyną siostrą! Muszę być o tym poinformowana bo niby kto inny o niego zadba!? - nadal krzyczała jak opętana. - W takim stanie pojechał do domu! Powiedz mi jeszcze, że sam i do tego taksówką!!
- Tak samo jemu zależy na Demi i pewnie też nikt mu nie udzielił informacji co z jej stanem zdrowia, dlatego pojechał do niej. Nie mogłem go zatrzymać, nie chcę toczyć z nim wiecznej wojny, tak jak to robił dotychczas Riker... - dokończył niemalże na jednym oddechu. - Zrozum, pączuszku.
- Masz rację. - wzdychnęła. Ratliff aż wytrzeszczył oczy ze zdziwienia, nie sądził bowiem, że blondynka tak łatwo odpuści,a to, że się z nim właśnie zgodziła, to już przeszło jego najśmielsze oczekiwania. - Austin miał mi dać znać w razie gdyby Rocky się obudził, także chodź, pojedziemy do domu. - założyła ręce za kark perkusisty i przybliżyła twarz do jego policzka.
- Zauważyłaś? - mruknął, obejmując dziewczynę w talii. - Jak już jesteśmy jeden krok w przód, zawsze stanie się coś, co sprawi, że cofamy się o dziesięć w tył. 
- I znów masz rację. - uśmiechnęła się. - Ale wiesz? Najważniejsze jest, aby zawsze iść w stronę kierowaną przez swoje serce. - dodała, po czym złożyła delikatny pocałunek na ciepłych wargach chłopaka.
~~
DOM LYNCHÓW
w tym samym czasie
- Ross? - zapytałam cicho. Przez cały czas siedziałam wtulona w jego silne ramiona. Potrzebowałam bliskości, nadal byłam roztrzęsiona i obolała. Przebywanie teraz w samotności w ogóle nie wchodziło w grę. Za bardzo bym się bała.
- Tak? - mruknął, po czym oparł delikatnie głowę o moje ramię. Jego oddech był szybki i ciężki, sam sprawiał wrażenie zmęczonego.
- Nie chcę o tym rozmawiać. - wypaliłam najciszej jak umiałam. - Przynajmniej nie teraz.
- Rozumiem. Nikt cię o nic nie będzie pytał. - odparł, głaszcząc mnie po głowie. - Odpoczywaj. - przeniósł niepewnie dłoń na mój rozgrzany policzek, po czym przejechał po nim kciukiem. Wszystkie jego ruchy były bardzo delikatne i niepewne, jakby bał się, że zrobi mi krzywdę.
- Ale chcę wiedzieć. - oznajmiłam.
- Co chcesz wiedzieć? - zapytał nieco drżącym głosem. Zdaję sobie sprawę, że jemu też trudno jest o tym mówić, ale...
- Co się stało... bo, ja nic nie pamiętam. To znaczy, jak po mnie przyszedłeś, biłeś się z nim... to tak, ale potem to już nie wiem co było. - wymamrotałam ledwo sklejając słowa.
- Teraz się tym nie przejmuj, odpoczywaj. - odpowiedział po kilku minutach ciszy.
- Powiedz mi. - nalegałam.
- Jesteś osłabiona... - wtrącił. - Porozmawiamy później, dobrze? - zaproponował. Może faktycznie powinniśmy odłożyć to na inny termin? Ale...
- Masz poparzoną skórę. - wyszeptałam troskliwie.
- Daj sobie teraz z tym spokój, to tylko powierzchowne rany, szybko się zagoją. Nic takiego. Nie musisz się martwić, ten idiota cię już nigdy nie skrzywdzi, to najważniejsze. - odrzekł nieco ospale.
- Na pewno? - zapytałam, wtuliłam się następnie w niego jeszcze mocniej i zamknęłam powieki.
- Tak. - mruknął, całując mnie delikatnie w ramię.
~~
w tym samym czasie
     - Dlaczego tak po prostu sobie poszłaś! - krzyknął Zack jak tylko wparował do kuchni. Biegł tak szybko, że prawie wpadł na ogromny dzban, który stał przy wejściu. Jak tylko uspokoił oddech podszedł do zdezorientowanej czarnowłosej, po czym potrząsnął nieco jej ramiona.
- A co miałam powiedzieć!? - oburzyła się. - Tak, tak, Demi, wiem, że cię zgwałcił, ale spoko, wszystko będzie dobrze? - zapytała ironicznym tonem, wymachując przy tym rękoma na wszystkie strony. Pokręciła następnie przecząco głową, aby chłopak nie zauważył łez, które wyrwały się spod jej kontroli i popłynęły ciurkiem po rozpalonych policzkach. Czując narastającą bezsilność, odwróciła się w końcu plecami, aby następnie otrzeć mokrą twarz rękawem i dać upust emocjom.
- Dobrze, przepraszam, masz rację. - skruszony, podszedł do płaczącej dziewczyny, położył rękę na jej ramieniu i lekko je pogładził. - Po prosu jestem wściekły... - urwał. - Ale powonieniem byś zły na siebie, wybacz.
- Nie myśl sobie, że nie chce jej pomóc. - Maja odwróciła się powoli i ociężale, jakby właśnie wstawała z łóżka. Spojrzała następnie spode łba na Zacka. - Po prostu... Jak na mnie spojrzała to... no spanikowałam! Nie wiedziałam co powiedzieć, bo... widziałam to wszystko w jej oczach. Sama nie wiem. - uniosła ręce w geście bezradności. Kilka sekund później opadła bezsilnie na krzesło, które stało tuż obok wysłużonej wysepki kuchennej.
- Wiem... przepraszam. - westchnął.
- Jak się sprawy mają? - nagle do kuchni wpadła Rydel. Za nią wszedł Ratliff z dwiema wielkimi reklamówkami, które momentalnie odłożył na stół. - Gdzie Ossy?
- Na górze u Demi. - odparł Zack. - Wygląda jak zwęglony wrak, kto go w ogóle puścił do domu? - nikt mu jednak nie odpowiedział, ponieważ blondynka momentalnie pobiegła na piętro, ciągnąc perkusistę za sobą. Dziewczyna nie zapukała nawet w drzwi, otworzyła je gwałtownie i z hukiem wpadła do pokoju brata.
- Ossy, jak się czujesz? - zapytała tuż po przekroczeniu progu.
- Sis? - nastolatek spojrzał na siostrę z lekkim zakłopotaniem. - Emmm, jest okey.
- Dlaczego wyszedłeś ze szpitala i nic mi nie powiedziałeś? A Demi, jak zdrowie? Samopoczucie? Przeszkadzamy wam? Chcemy tylko pomóc, przecież wiecie! Nie jesteście głodni? - blondynka zasypała nas falą pytań.
- Czuje się dobrze. - odburknął Ross.
- Teraz tak. - wypaliła, siadając obok brata. -  A wiesz dlaczego? Bo dostałeś bardzo silne środki przeciwbólowe, co zrobisz jak przestaną działać?
- Zjem kolejne. - odparł beznamiętnie.
- Idź chociaż na dół, kupiliśmy leki, musisz je wziąć. - Rydel przyłożyła dłoń do czoła chłopaka. - Masz gorączkę, w ogóle wyglądasz nie za dobrze. Też powinieneś odpoczywać.
- Czuje się dobrze. - powtórzył. Jego zmęczone oczy, ochrypły głos i powolne, ospałe ruchy mówiły jednak co innego.
- Idź. - wtrąciłam. - Nie jestem tu najważniejsza, widać, że...
- Jesteś. - przerwał mi.
- To zrób to dla mnie. - uśmiechnęłam się. - Idź, weź tabletki i zaraz tu do mnie wrócisz, dobrze?
- Dobrze. - odparł po kilku minutach.
- Ratliff z tobą pójdzie. - blondynka ukradkiem trąciła ukochanego łokciem. - Ja zostanę z Demi. - dodała. Miałam wrażenie, że czyta mi w myślach, bardzo chciałam z nią porozmawiać. Ross jednak nadal nie podnosił się z łóżka, miał ogromny grymas na twarzy.
- Musisz mi pomóc. - wymamrotał. Na reakcje siostry i perkusisty nie musiał długo czekać, gdyż para momentalnie chwyciła nastolatka za ręce i uniosła delikatnie ku górze. Blondyn nie potrafił jednak samodzielnie ustać na nogach, dlatego Ell chwycił go pod ramię i powoli zaprowadził do kuchni. Rydel odprowadziła ich jedynie wzrokiem, chciała być przy Rossie, nie mogła jednak się rozdzielić. Czuła, że chce z nią porozmawiać, postanowiła więc zostać ze mną.
- Demi... - wyszeptała, kręcąc głową na boki. - Pojęcia nie mam co... - urwała jak tylko spojrzała w moje wystraszone oczy.
- Siadaj i powiedz mi co się tam stało. - poklepałam miejsce gdzie wcześniej siedział blondyn, chcąc aby dziewczyna je teraz zajęła.
- Ossy ci nie powiedział? Tak w ogóle trzymasz się? - zapytała, troskliwie chwytając mnie za dłoń.
- Nie, nie chciał mówić. - odparłam. - A bardzo się martwię, jest cały poparzony.
- To był totalny meksyk! - wzdychnęła ciężko, osuwając się na skrawek łóżka. - Strzelanina, bójka, kłótnia.... - wymieniała.
- Strzelanina? - wytrzeszczyłam oczy. - Zamieniam się w słuch.
- Masakra... po tym jak Ossy pobił Matta i cię potem przytulił to myśleliśmy, że ten cały rudzielec stracił przytomność. Niestety się pomyliliśmy. Nikt nie zwracał na niego uwagi bo... ważniejsza byłaś ty i niestety kilka sekund później ten gnojek uderzył was dość sporym kawałkiem drewna... Chyba to nawet była deska z podłogi, wszystko tam było wyżarte przez robale, fuj... - wzdrygnęła się.
- Co było dalej? - słuchałam wszystkiego z otwartymi ustami. Nie chciałam wracać do tamtego dnia... Ale bardzo martwiłam się o stan Rossa, musiałam wiedzieć od czego to ma.
- No, uderzenie może i nie było mocne, ale ty i tak byłaś już wyczerpana więc straciłaś przytomność. Ossy wpadł w totalny szał i znowu rzucił się na Matta. Szarpali się przez kilka minut, braciszek cały czas miał nad nim przewagę, przyjechała policja i karetka... Kiedy myśleliśmy, że już po wszystkim... - ponownie przerwała.
- To co się stało? - ponaglałam przyjaciółkę.
- Nagle wpadła do pomieszczenia Cleo... z bronią w ręku. Krzyczała, groziła. Najgorsze jest to, że celowała właśnie w ciebie. Ossy był tak wściekły, że masakra... Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Matt żądał aby zostawić mu ciebie to wtedy nikt nie ucierpi. A potem... - wzdychnęła. - Potem zrobiło się dziwnie. Przez długi czas rozmawiali, rudzielec opowiadał jak to wysłał Cleo aby cię szpiegowała, narzekał na nią, na całą sytuację, groził, że ją też zabije, że...
- Co?
- Nie mogę tego powiedzieć, ale Ossy już nie wytrzymał. Ruszył na niego z pięściami, a wtedy ta cała dziewczyna go postrzeliła. Na nasze szczęście tylko w ramię, ale... To się działo tak szybko. Matt podbiegł do ciebie, braciszek nie mógł nic zrobić bo leżał zakrwawiony na ziemi, policja kurcze stała na zewnątrz a my byliśmy na celowniku. Potem jak Ossy zauważył, że ten gnojek cię dotyka, wstał i resztkami sił nim szarpnął, tak, że tamten upadł pod kominek i uderzył głową o cegły. Byliśmy tak wystraszeni, że nawet sobie nie wyobrażasz... Chwilę później Matt wyciągnął z kieszeni granat i zagroził, że jak mu ciebie nie zostawimy to wysadzi i siebie, i nas w powietrze. Nie żartował. Jednak Cleo do tego nie dopuściła bo zabrała mu to małe coś i schowała do kieszeni. Matt się wściekł, szarpał się znowu z Ossym. Oboje wpadli do piwnicy bo tamta spróchniała podłoga nie wytrzymała już tego ciężaru... Walczyli dalej tam na dole, Cleo w między czasie uciekła. Ja z Ellem próbowaliśmy odpiąć kajdanki z twoich rąk, ale po kilku sekundach dosłownie wpadła policja i siłą nas zabrała, mówiąc, że zajmą się tobą. Jak już byliśmy na zewnątrz ta stara chata zaczęła się palić... - mówiła przez łzy. - Wszystko dosłownie stało w ogniu, Ossy wyszedł tylnym wejściem ale momentalnie wskoczył tam do środka po ciebie... - przerwała na moment, musiała złapać oddech i uspokoić nieco nerwy. - Już myślałam, że będzie po was. - pociągała nosem. - Chwilkę później podbiegła do nas przerażona Cleo i powiedziała, że w jednym pokoju był też Rocky! Straż, która właśnie dojechała, szybko tam pobiegła i szczęście od Boga bo go wyciągnęli... A ciebie i Ossiego nadal nie było. - płakała jak małe dziecko. - Jak strażacy ugasili pożar to poszli was szukać... Matko, Demi, jak ja się bałam!
- Ale żyjemy... - nie wierzyłam w to, co mówi blondynka, to jakiś absurd!
- Tak, policja znalazła was obok budynku, oboje byliście nieprzytomni. Ossy osłaniał cię całym ciałem, dlatego tak wygląda... Na szczęście od razu was przewieźli do szpitala. Ty trafiłaś do domu po kilku godzinach, Ossy musiał jednak tam zostać.
- A Matt? - wykrztusiłam.
- Nie żyje... - odparła, ocierając łzy.
- ROSS GO ZABIŁ!!?? - wydarłam się jak jakaś opętana.... Tego było już za wiele...

                      
CZYTASZ = KOMENTUJESZ
KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ

niedziela, 12 czerwca 2016

Rozdział 61

     Mieliście kiedyś tak, że zostaliście postawieni przed ciężkim wyborem? Wyborem, który miał zaważyć o waszym dalszym życiu? Wyborem, który miał zdecydować czy ważniejsza jest dla was miłość, czy może... miłość? Dziwne, prawda? Riker niestety musiał zdecydować. Przez cały czas szedł wąską ścieżką, teraz niestety jego droga podzielona została na dwie, identyczne dróżki, które spowijał mrok.  Na ich końcach widniało jednak ostre światło... To była Ally, która nosiła pod sercem małe, niewinne niemowlę. Co czynić, jeżeli wagą naszej decyzji jest życie, tych, których bardzo kochamy? Zyskując, możemy również i stracić. Nie ma w tym w ogóle sensu. Po co decydować, skoro i tak poczujemy ogromny ból i niechęć do otaczającego świata. Po co, skoro nasza decyzja zabije osobę, o którą wcześniej walczyliśmy jak lew... ale w natłoku obowiązków i problemów, stała się dla nas obca, jej obecność nie kolorowała już naszego świata, nie była tą najważniejszą iskierką napędzającą do działania. Dlaczego życie stawia nas przed takimi trudnymi wyborami...? Dlaczego dopiero na rozstaju identycznych dróg doceniamy sens istnienia tych osób...?
- Nie pozwolę aby umarła... - Riker błąkał się po szpitalnych korytarzach, szukając odpowiedzi na dręczące go pytania. Niestety. Nie było osoby, która znałaby odpowiedź na chociażby jedno z nich. Basista nie potrafił dopuścić do siebie tej okropnej myśli. Dlaczego akurat on ma zdecydować o tym, czy żyć ma jego dziecko, czy dziewczyna.
- Dobrze się pan czuje? - nagle obok mężczyzny pojawiła się smukła postać pielęgniarki. - Pomogę. - dodała, czując na sobie spłoszony wzrok basisty. Riker był jakby nieobecny, ciągle błądził myślami w nieznanym mu świecie. Kobieta z kolei chwyciła blondyna za ramię i podciągnęła nieco w górę, gdyż chłopak z trudem opierał się o białą, szpitalną ścianę. Był cały blady, sapał i wodził oczami jak obłąkany. - Zaprowadzę pana do sali obok. Tam jest lekarz, zajmie się panem, dobrze? - pielęgniarka jednak nie czekała na odpowiedź. Szarpnęła go lekko z zamiarem odciągnięcia od ściany. Skutek jednak był nieco inny, gdyż blondyn runął z hukiem na podłogę. Wstał jednak dosłownie po kilku sekundach i spojrzał na kobietę zdziwionym wzrokiem, jakby zobaczył ją po raz pierwszy.
- Co pani robi? - oburzył się. Nadal błądził w otchłani pytań i braku odpowiedzi.
- Nie wygląda pan najlepiej, proszę udać się do lekarza...
- Nie. Muszę wymyślić sposób aby nikomu się nic nie stało. Ja nie potrafię... Kocham ją i moje dziecko. - majaczył. - To nie może się tak skończyć. - mruknął już jednak do siebie, po czym powolnym krokiem pomaszerował w głąb korytarza. Kobieta odprowadziła go jedynie wzrokiem, bacznie obserwując kątem oka co kilka sekund.
- Riker! - nagle do zamyślonego blondyna podbiegł młody chłopak. To był Austin. Jak tylko basista zauważył jego twarz przed swoim nosem, wpadł na pewien pomysł. - Wiem co się stało i pewnie obwiniacie mnie za tą całą sytuację, ja... Nie chciałem aby Demi tak cierpiała...
- Przestań tyle biadolić. - przerwał gniewnie Rik.
- Słucham? - zdziwił się. - Ja próbuję przeprosić, nie wiedziałem, że wynikną z tego takie problemy! - krzyknął oburzony.
- Cicho. - wyjąkał. - Uratowałeś Zacka, prawda? - zapytał nagle. Był strasznie podniecony.
- Uratowałem? - wyszeptał zaskoczony. - Kogo?
- No od tej trucizny, niby śmiertelnej ale ty i tak go uratowałeś. - odpowiedział na jednym oddechu. Czuł jak serce wali o jego żebra.
- Ach, o to chodzi... - podrapał się po głowie. - No tak, z tego co wiem to czuje się dobrze, coś się stało?
- A stało... - odpowiedział zrezygnowany. Nie pozwolił jednak Austinowi na falę kolejnych pytań. Chwycił nastolatka za kołnierzyk i spojrzał prosto w jego zaciekawione oczy. - Musisz mi pomóc. Musisz coś zrobić aby Ally przeżyła poród i urodziła zdrowe dziecko. Musisz. - wybełkotał, łykając łzy, które krętym strumykiem spływały z jego policzków. Młodzieniec spojrzał przenikliwie na Rikera, wiedział jednak, że sprawa już jest zamknięta. Nic nie da się zrobić.
- Znam sytuację pani Allyson i niestety...
- Nie! Musisz jej pomóc, rozumiesz? - warknął, lekko potrząsając nastolatkiem. Był totalnie bezradny. Austin to jego ostatnia deska ratunku. Przynajmniej tak mu się wydawało.
- Podczas wypadku doszło do uszkodzenia...
- Nie tłumacz mi tego! - ryknął blondyn. - To ty jesteś lekarzem i na pewno wiesz jak im pomóc!
- Wydaje mi się, że... - tym razem jednak sam urwał w połowie zdania. Był święcie przekonany, że poród musi skończyć się śmiercią dziecka lub jego matki. Widząc przerażone oczy Rikera nie mógł jednak mu tego powiedzieć. Basista błagał o pomoc, wiadomość, że nic nie da się z tym zrobić, wpłynęłaby na niego jeszcze gorzej. - Sprawą zajmuje się mój ojciec. Jest wybitnym lekarzem, nie mógł się przecież pomylić. - pomyślał w duchu, wpatrując się w proszący wzrok mężczyzny. - A może powinienem przyjrzeć się temu bliżej? Nie badałem wcześniej sprawy, nie miałem do tego głowy... Ale może spróbuję? - chłopak bił się z własnymi myślami. Diagnoza już została postawiona.
- Proszę. - Riker nie przestawał błagać.
- Nic nie obiecuję, ale sprawdzę co da się zrobić. - odpowiedział z lekkim uśmiechem. - To szaleństwo...
~~
DOM LYNCHÓW
     W mieszkaniu muzyków od kilku godzin panował istny harmider, z którym Ell nie mógł sobie poradzić. Niby nic bo... każdy kąt budynku oplatała głucha cisza, ale w takiej sytuacji, nawet ona powodowała masę problemów. Dom aż pękał od ich nadmiaru, Lynchowie niestety nie potrafili sobie z nimi poradzić.
- Dlaczego akurat my? - bąknął cicho Ratt, leniwie sięgając po kubeczek z napisem ,,Dla kochanej mamy". Wyciągnął następnie łyżeczkę, wsypał do naczynia cukier i torebkę z ziołową herbatą. - Eh, Kiba, mówię ci... - Ell spuścił głowę, zerkając kątem oka na starego, białego psa. Wzdychnął ciężko, wziął następnie kubek i zaczął iść w kierunku sypialni Stormie. Chwilkę stał przed drzwiami, wpatrując się w zielonkawą ciecz, która leniwie obijała się o ściany naczynia. Otrząsnął się dopiero po kilku minutach. Nie chciał rozmawiać z mamą Lynchów, znużony myślami, uchylił jednak lekko drzwi i zerknął do środka.
- Tak? - usłyszał cichy, piskliwy głosik. Ell nabrał powietrze do płuc i wszedł w głąb pokoju.
- Proszę. - powiedział, podając starszej kobiecie kubek gorącej herbaty. Nic więcej jednak nie zdołał z siebie wydusić. Było mu przykro, że Stormie znowu musiała przechodzić kolejny rodzinny dramat.
- Dziękuję, kochanie. - odrzekła, wymuszając lekki uśmiech. Nastała niezręczna cisza. Perkusista nie wiedział jak ma się zachować. Postanowił więc wyjść z pokoju i dać kobiecie chwilę do namysłu. Chociaż, o czym tu rozmyślać...? - Nie powinieneś teraz wspierać Rydel? - zapytała, widząc jak chłopak powolnym krokiem drepta w kierunku drzwi.
- Eeee... - zająknął się.
- Zawsze martwiła się o Rossa, ja sobie poradzę. - zaczęła. - Myślę, że bardziej ona potrzebuje twojego wsparcia tam, w szpitalu, niż ja, tutaj w domu. - uśmiechnęła się. - O Demi też nie masz się co martwić, jest z nią przecież Zack, także jak się obudzi, nie będzie sama.
- Tak, wiem. - wzdychnął ciężko. - Ale lekarze mówili, że Ross z tego wyjdzie. - dodał cicho. Sam nie wiedział czy chce znów patrzeć na zapłakaną twarz swojej ukochanej, czy woli to wszystko przeczekać, chowając się w zaciszu jej różowego pokoju.
- Nie wiadomo też co z Rikerem, prawda? - zapytała, patrząc przenikliwie w oczy perkusisty.
- Tak. - rzucił krótko.
- Rydel jest tam sama. Wiem, że kazała ci się mną opiekować, ale ja sobie poradzę, naprawdę. Najważniejsze są dla nie moje dzieci. Jedź do niej, dobrze? - poprosiła. Ell jedynie kiwnął głową, gdyż poczuł wibrowanie telefonu. Był pewien, że to właśnie jego dziewczyna. Szybko czmychnął z powrotem do kuchni, wyjął komórkę z kieszeni i nacisnął zieloną słuchawkę.
- Tak, kochanie? Coś się stało? - zapytał troskliwie.
- Pogrzeb jest w te sobotę, ale... nas chyba tam nie będzie, prawda?- jej głos drżał. Dało się wyczuć, że płacze i jest totalnie załamana.
- Tak... chyba... - odpowiedział niepewnie. - A co z Rossem?
- Nie wiem. - szepnęła, pociągając nosem. - Lekarze niby mówią, że wszystko okey, ale nikt nie pozwala mi do niego wejść.
- Zaraz będę u ciebie, dobrze? - było to jednak bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Nie, zostań z mamą. - powiedziała stanowczo.
- Z mamą wszystko okey, zaraz u ciebie będę, pączku. Wszystko będzie dobrze, obiecuję. - chłopak czuł się odpowiedzialny za szczęście blondynki. - Pff, no i pomyśleć, że chciałem schować się w jej pokoju! - wzdychnął. - Co ze mnie za facet, muszę być przy niej!
- Kocham cię Ratt. - wyszeptała.
- Ja ciebie też, pączuszku. Najmocniej na świecie.- cmoknął w słuchawkę, po czym szybko wybiegł z domu, wsiadł w samochód, wrzucił pierwszy bieg i ruszył przed siebie.
~~
Piętnaście minut później.
     Ratliff na miejscu był już po kilkunastu minutach. Szybko wbiegł do dużego, białego budynku i od razu skierował się na trzecie piętro, gdzie czekała na niego Rydel.
- Pojadę windą! - krzyknął, zwracając na siebie uwagę kilku przypadkowych pacjentów. - Będzie szybciej, będzie szybciej... - mruczał, maszerując w kierunku małego pomieszczenia. Ku jego zaskoczeniu, w tej samej chwili, pojawiła się przed nim kobieta o sporej wadze, która prowadziła na różowej smyczy małego yorka. Widok był komiczny, Ell jednak nie był w humorze aby się śmiać. Nie w takiej sytuacji. Dziewczyna wdusiła kilka guzików, po czym weszła do windy, zajmując całą jej powierzchnię. - No nie wierzę! - burknął, patrząc z szeroko otwartymi oczami jak kobieta wciska czworonoga między swoje stopy. - Pobiegnę schodami. - wzdychnął, po czym puścił się pędem przed siebie.
- Auuućć...! - perkusista nagle znalazł się na ziemi. Biegł tak szybko, że nie wyrobił na zakręcie i wpadł na jednego z pacjentów. - Kurwa, uważaj...ssss, jak boli....jajć!
- Przepraszam, nie chcia....ROSS!? - wydarł się jak tylko pozbierał tyłek z podłogi. Nastolatek leżał skulony na zimnej posadce i wył z bólu.
-Ell? - blondyn uniósł brwi w górę i spojrzał na przyjaciela. Nagle zrobiło mu się ciepło, sam nie wiedział dlaczego. - Kurwa, na urodziny kupie ci okulary....
- Co ty tutaj robisz? Gdzie jest Rydel? - zapytał, otrzepując spodnie.
- Sam nie wiem co tu robię. - wysyczał, kurczowo trzymając się za prawe ramię. - Powinienem być z Demi, nawet jeżeli ma mnie znienawidzić... Muszę przy niej teraz być. - wstał, cały czas przytrzymując się szpitalnych barierek, które przymocowane były do ściany. Był wyczerpany i skołowany. Obecność w tym ponurym miejscu totalnie go przytłoczyła.
- Ale zaraz... - Ratt chwycił delikatnie nastolatka za rękę. Ten odwrócił się gwałtownie, czego chwilkę później pożałował, gdyż zaatakował go piekący ból. Już po raz kolejny tego dnia. Blondyn miał już tego serdecznie dosyć. - Czujesz się na siłach aby jechać autem? - zapytał głupkowato. - Matko, gdyby Rydel to usłyszała, to na sto pro by mnie skrzyczała. - przewrócił teatralnie oczami, po czym chwycił Rossa pod ramię.
- Co ty wyprawiasz? - chłopak próbował uwolnić się z uścisku przyjaciela, był jednak za słaby. Zaniechał prób już po kilku sekundach.
- Zaraz cię zawiozę do domu. - odparł, szperając drugą dłonią w jednej z kieszeni jeansów. - Tylko czekaj... o, mam! - perkusista wyciągnął komórkę i zaczął szukać numeru Rydel.
- Nie dzwoń do mojej siostry. - blondyn zmarszczył brwi i spojrzał spode łba na przyjaciela. - Idź do niej, Riker też tam jest. Ja sobie wezmę taksówkę. - dodał, czując na sobie pytający wzrok Ratliffa.
- Jesteś pewny? - zapytał poważnym tonem. Wiedział, że jak Rydel się dowie, że puścił go samego w takim stanie, to mu się oberwie. Nie wiedział co zrobić... - Najlepiej to by było jakbym się sklonował i był przy każdej osobie jednocześnie... - pomyślał.
- Taaa... - odpowiedział mało przekonująco. Ell jednak rozluźnił uścisk, dzięki czemu Ross mógł się z niego wyswobodzić. Kilka minut później, bez słowa, poszedł w swoją stronę.
~~
     Jak tylko odzyskałam świadomość, do moich nozdrzy wkradł się upojny zapach cytryn, który sprawił, że na mojej obolałej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Mimo wszystko... Przejechałam delikatnie dłonią po miękkiej pościeli, wtuliłam głowę w poduszkę i... dotarło do mnie, że już po wszystkim. Jestem już bezpieczna, a co najważniejsze, jestem z Rossem. Miałam na sobie nawet jeszcze jego bluzę, która przesiąkła zapachem jego ciała. Mimo, że oczy miałam nadal zamknięte, wiedziałam, że znajduję się w żółtym pokoju. Cytryny i lekki smrodek męskiego potu... Nie sądziłam, że kiedykolwiek aż tak za tym zatęsknię. Nadal byłam cała obolała, większa część moich mięśni nie chciała ze mną współpracować, ale... w natłoku tego bólu, poczułam również i ulgę...
- Obudziła się? - nagle usłyszałam znajomy głos. Nie był to jednak blondyn, lecz...
- Maja? - wydusiłam. Nikt mnie jednak nie usłyszał, gdyż całą twarz wtuloną miałam w poduszkę, która stłumiła mój cichutki głosik. Nie mogłam uwierzyć, że jest tuż obok mnie. Chciałam się obrócić i ją zobaczyć, ale coś nie pozwalało mi nawet na lekki ruch ręką... Mimo tego, że bardzo ucieszyłam się, że czarnowłosa jest cała i zdrowa to... poczułam również i lekki zawód, gdyż byłam pewna, że obudzę się wtulona w ramiona blondyna...
- Nie, jeszcze nie. - odparł znużonym głosem Zack. Dało się usłyszeć, że jest strasznie przejęty ostatnimi wydarzeniami.
- A jak sytuacja na komisariacie? - zapytała ponownie Maja. Również bardzo się martwiła.
- Nie wiem, wujek Lynchów się tym zajmuje. Wiem, że moi rodzice też tam są. Mieli się odezwać jak już będzie po przesłuchaniu. - wydusił na jednym oddechu. Jego głos drżał.
- A Ross jak tam się trzyma? Obudził się już? - czarnowłosa nie przestała zasypywać Zacka kolejną falą pytań.
- Hmmm... Dzwoniłem do Rydel ale tak strasznie płakała, że nic nie mogłem zrozumieć. Chociaż myślę, że sprawa jest dość poważna, wczoraj o mało nie spłonął żywcem. - wzdychnął ciężko. Jak to usłyszałam momentalnie wróciły mi siły i szybko podniosłam się do pozycji siedzącej. Spojrzałam następnie na brata z ogromnym przerażeniem.
- Co się stało? Jak to, spłonął żywcem? - powtórzyłam, zapierając się rękoma o miękką pościel. Tak właściwie pamiętam tylko jak Ross mnie przytulił... Potem już nic. Nie wiem co się działo, nie wiem jak to wszystko się skończyło...
- Siostrzyczko! - Zack szybko przysiadł na rogu łóżka, po czym delikatnie i ostrożnie objął mnie ramieniem. - Jak się czujesz? - zapytał troskliwie, całując w czoło. Nie odpowiedział mi na pytanie, pewnie nie chciał pogarszać mojego stanu zdrowia... ale.. gdzie mój Ross?
- Ja... - zaniemówiłam jak spojrzałam na Majkę. Wyglądała zupełnie inaczej... Jej twarz była zadbana, umalowana, włosy spięte w piękny kok. Nie miała już tych okropnych dołków i wystających kości. Jej brzuszek również był wydatniejszy. Poczułam ulgę ale i tak się bałam....
- Już wszystko jest pod kontrolą, nie musisz się bać. - szepnął, przerywając ciszę. - Jeżeli chcesz porozmawiać, wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim.
- Chcę aby przytulił mnie teraz Ross. Odejdź. - sama nie wiedziałam dlaczego go od siebie odpycham... ale było mi wstyd, czułam się okropnie.  - Co mu się stało? Jak to spłonął żywcem...- zaczęłam płakać.
- Spokojnie, nikt nie spłonął... Chłopak jest w szpitalu, ale wyjdzie z tego. - przytulił mnie jeszcze mocniej. Skierował następnie wzrok na moją przyjaciółkę, prosząc o pomoc. Ta jednak rozłożyła ręce w geście bezradności.
- Przed chwilą mówiłeś co innego! - wrzasnęłam, zalewając się łzami.
- Pójdę przygotować posiłek. - wtrąciła szybko. - Demi na pewno jest głodna, zaraz wracam. - dodała, po czym zniknęła za drzwiami. Jak już znalazła się na dole, oniemiała z wrażenia.
- Ross? - jęknęła, widząc blondyna usiłującego zdjąć buty. Wyglądał okropnie. Był owinięty bandażami, jednak spod jego skrawków dało się zauważyć popaloną skórę.
- Maja? - uniósł głowę nieco w górę, zatrzymując wzrok na jej brzuchu. Sytuacja była niezręczna. - Gdzie...
- Na górze, w twoim pokoju. - odpowiedziała zanim blondyn zdążył zapytać. - Przykro mi z powodu tego, co się stało. To po części również i moja wina...
- Twoja? - zdziwił się. Machnął jednak ręką, po czym skierował się do swojego pokoju.
- To wszystko jest bez sensu... - czarnowłosa dalej ciągnęła temat. -  Musimy porozmawiać. Ale najpierw idź do niej. - dodała szybko, czując na sobie gniewny wzrok blondyna. Ross z kolei z trudem wdrapał się po schodach na samą górę. Jak tylko stanął przed drzwiami, poczuł dziwne ukłucie w sercu. Cały czas bał się, że Demi go od siebie odrzuci, że obwinia go za to wszystko i, że nadal czuje do Austina coś więcej niż do niego...
- Kocham ją. - jęknął sam do siebie, po czym uchylił drzwi i wszedł do środka. Bez chwili zawahania podszedł do płaczącej dziewczyny i mocno ją objął. To było silniejsze od niego. Musiał. Zack z kolei, widząc całe zajście, szybko wyszedł z pokoju. - Kochanie...
- Ross! - krzyknęłam, po czym wtuliłam się w jego tors z całych moich sił. - Przyszedłeś do mnie... Nigdy już mnie nie zostawiaj.
- Nie płacz już, jestem przy tobie. Nic ci już nie grozi. - szepnął prosto do mojego ucha.  - Przykro mi, że przeze mnie musiałaś przez to przechodzić. Gdybym mógł, cofnąłbym czas...
- Ja też. - mruknęłam. - Przytul mnie. - poprosiłam, czując jak blondyn rozluźnia uścisk. A może mi się tylko wydawało?
- Obiecuję ci, że już nigdy nikt cię nie skrzywdzi, zawsze będę przy tobie... - urwał. - Oczywiście, jeżeli będziesz tego chciała. Bo jak... czujesz coś do tego Austina to ja zrozumiem. - dodał szybko. - Chcę tylko abyś była szczęśliwa. - troszkę mnie zaskoczył, jednak musiałam dać mu do zrozumienia jaka jest prawda...
- Muszę ci się do czegoś przyznać. - powiedziałam, wygrzebując się z jego mocnego, acz delikatnego uścisku. Popatrzyłam następnie w jego czekoladowe tęczówki. Były cudowne... Blondyn wyglądał jednak na zmęczonego, miał zarysowany grymas na twarzy, jego ciało było całe w bandażach, a skórę na policzkach miał jakby... zwęgloną?
- Kocham Austina. - wypaliłam.
- Ah... - jęknął. Było widać, że te słowa sprawiły mu okropny ból, w jego oczach pojawiły się również łzy, ale...
 -  Jestem pewna, że on mnie też kocha. - dodałam, przybliżając się do chłopaka. Nie odsunął się. Cały czas wpatrywał się we mnie zaszklonymi oczami. Po kilku sekundach złożyłam na jego suchych ustach delikatny pocałunek. Nie miałam pojęcia, że tak bardzo tęskniłam za jego bliskością...
- Skoro kochasz jego, to... dlaczego mnie całujesz? - zapytał z lekkim uśmiechem.
- Oj, głuptasie... - odwzajemniłam gest. Wtopiłam następnie dłonie w jego popalone włosy i przybliżyłam twarz jeszcze bliżej jego ust. - Bardzo kocham Austina, wiesz? Taki ktoś jak ty... - urwałam. - Trafia się raz na milion, panie Austinie Moonie. - dokończyłam, spoglądając w jego rozżarzone tęczówki. Po kilku minutach Ross znów połączył nasze usta, tym razem jednak pocałunek, mimo, że trwał kilka sekund, był bardzo namiętny i rozpalił mnie od środka.
- Dowcipna jesteś. - szepnął, przygryzając moją dolną wargę. - Ja ciebie też kocham, panno Demetrio Spelman. Obiecuję, że już nigdy nie będziesz musiała tak przeze mnie cierpieć. Nigdy. - wtuliłam się ponownie w jego ramiona, dziękując Bogu, że już po wszystkim...

NOTKA


Joł, cześć i czołem!

Jest Ossdział... Taki bardziej bym powiedziała jak ,,flaki z olejem". Niby coś, ale nic :C Sesja nas totalnie zeżarła, nie mamy na nic czasu dlatego next taki sobie ;/ Ale postaramy się zdać wszystko w terminach, a co za tym idzie, będą potem ciekawsze nexty xD

Narazie musicie przeboleć to coś :P



CZYTASZ = KOMENTUJESZ
KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ